Tydzień korpoludka

A po tygodniu sprawa wygląda tak, jak na obrazku.
Tak, cały tydzień wyobrażałam sobie, czego to ja nie zrobię już od samego piątku. A w piątek wyglądałam jak króliczek z reklamu Duracella. Ten gorszy króliczek :/

O samej pracy niewiele mogę Wam napisać, bo w mojej umowie o pracę był zapis, że nie wolno mi zdradzać tego, co dzieje się w firmie. W sumie nie wiem, czemu tak się obsztorcowali zapisami, bo tak naprawdę nie dzieje się tam nic przesadnie ciekawego. Zasuwam na magazynie jak króliczek z reklamy Duracella. Ten lepszy króliczek. Przez pięć dni straciłam z jedną piątą nadprogramowego sadła. Osiem godzin fitnessu dziennie robi swoje. Fizycznie i psychicznie czuję się bardzo dobrze. I dzisiaj na przykład brakuje mi pracy, chociaż też potężnie stęskniłam się za pisaniem i rysowaniem. W tygodniu trochę pisałam, ale to nie to samo, co usiąść, założyć słuchawki, puścić muzę na cały regulator i utopić się we własnym świecie na pół dnia i pół nocy. Pisanie jest straszne. Człowiek zawala kontakty towarzyskie, w pewnym sensie zawala życie, bo siedzi i klepie w klawiaturę, odcięty od rzeczywistości, odgrodzony od niej żywopłotem uplecionym ze snów, w towarzystwie ludzi i nieludzi, którzy nie istnieją. Wczoraj przypomniałam sobie, że tydzień temu dzwoniła do mnie sąsiadka, a ja zapomniałam oddzwonić. Pewnie już się obraziła. Dużo ludzi się na mnie obraża z tego powodu, że milczę. A ja nie milczę dlatego, że walnęłam focha na całą okolicę, nie dlatego, że się dąsam i mam pretensje, nie dlatego, że jestem zarozumiałym snobem, tylko dlatego, że piszę. Albo rysuję. I w tym świecie zwyczajnie mnie nie ma. A za każdym razem, kiedy na chwilę wracam, żeby z kimś porozmawiać, wybijam się z rytmu. Tracę wątki i muszę wiele rzeczy zaczynać od nowa.
Próbowałam to kiedyś tłumaczyć osobom urażonym moim milczeniem, ale, że tak powiem, nie spotkałam się ze zrozumieniem i odpuściłam.

Jeśli chodzi o sprawy życiowe: na ten moment to co robię wydaje mi się idealne: osiem godzin pompuję sobie mózg endorfinami na korpo fitnessie w ogromnych magazynach, a potem kolejne powiedzmy pięć: tworzę. Dawno nie tworzyło mi się tak przyjemnie, lekko. Jednak kiedy prowadziłam sklep, bytowałam w ciągłym stanie stresu i napięcia. To była praca 24/7. Piątek – świątek. Ciągle goniłam własny ogon. Teraz, po ośmiu godzinach wychodzę z roboty, zatrzaskuję za sobą furtkę i mogę żyć już tylko dla siebie samej i mojej rodziny.
W poniedziałek dzwoniła do mnie jedna pani (4, słownie: cztery miesiące od zamknięcia sklepu) i chciała, jak to określiła: coś się poradzić. Powiedziałam, że sklepu od czterech miesięcy nie ma. Pani powiedziała, że to przerażające, bo ona teraz nie wie, co zrobi i gdzie będzie kupować. I że to koszmar i porażka, że małe, lokalne sklepiki się zamykają. Że zniknęło takie kultowe miejsce. W ogóle nie kojarzę tej kobiety. Jestem pewna, że jeśli była moją klientką to raz, może dwa razy. I ona boleje… Kurwa mać, przepraszam Was za “mać”, wyrwało mi się. Jeśli chcecie zapytać, czy tęsknię za Miłozwierzem stacjonarnym, to powiem Wam, że nie. To baśń, która spokojnie dopisała się do końca. Nawet byłam ostatnio w środku, bo spotkałam właściciela budynku i wiecie co? Weszłam do wnętrza w którym przesiedziałam sześć lat życia. Rozejrzałam się. Nawet nie drgnęło mi serce. Nic. Spokój. Żadnej tęsknoty, żadnej nostalgii. Tylko miłe wspomnienia. Pyk, skończona bajka.
Teraz jestem fizycznym robolem i też mi z tym dobrze.
Czasem myślę sobie, że w ogóle niepotrzebnie się kształciłam, bo tylko straciłam czas i mnóstwo nerwów, próbując robić coś, co mi nie wychodzi. I próbując spełniać cudze oczekiwania w kwestii rozwoju mojej sfery intelektualnej. I robienia naukowej kariery. W ogóle robienia jakiejkolwiek kariery. Rany, zupełnie się do tego nie nadaję. Teraz w korpo jest mi nawet spoko. Oczywiście kiedy mi się znudzi, pójdę pracować gdzieś indziej. W byciu dorosłą i samodzielną cudowne jest to, że nie trzeba się nikomu tłumaczyć z podejmowanych decyzji. Dziś można być tu, jutro zupełnie gdzieś indziej. Wystarczy wstać i się przemieścić. A świat jest taki cudownie ogromny i ma tyle perspektyw. Jedynym ograniczeniem jest własna wyobraźnia. Bardzo lubię ten stan, dlatego, wiecie, nie chcę wychodzić za mąż ani mieć dzieci. Ani z niczym, nigdzie się wiązać. I już nigdy nie chcę robić tego, na co naprawdę nie mam ochoty 😀 Asertywność to najlepszy wynalazek ludzkości. Zaraz po kole, silniku, piwie, popcornie i zimnej Coca Coli.
(Możecie tu dopisać wszystko, co przyjdzie Wam do głowy).

weekend © Magdalena Gałężia

Podsumowując mój tydzień w korpo: jest naprawdę spoko. Spodziewałam się jakiegoś strasznego miejsca, nie wiadomo jakiej musztry, a wszystko jest po prostu poukładane. Jak mrowisko. Trzeba wejść w rolę mrówki i tyle. Mrówkować osiem godzin, przebrać się z roboczych ciuchów i iść do domu. Śmieszy mnie tylko korporacyjna mowa. Jakbyśmy nie mieli w polskim równie fajnych wyrazów… Tego nie rozumiem. Nawet zamiast ławek mamy jakieś “benche”. No ale ok, mają być benche, niechaj będą benche. W sumie nie moja rzecz.
Jestem tylko gościem na tym przedstawieniu.

korpo © Magdalena Gałęzia

Byłam ostatnio w restauracji “La Habana” we Wrocławiu na ulicy 9 maja na Sępolnie. Jeśli ktoś nie trafi tam cholernie głodny i jest człowiekiem cierpliwym, może doczekać się pysznego jedzenia. Czekaliśmy z Krzysiem na dania około godziny, ale było warto. Moje gazpacho było pyszniutkie (naprawdę porównywalne z tymi, które jadłam w Hiszpanii), empanadas z serem i szpinakiem również. Krzysiek jadł tortillę z kurczakiem i mówił, że też super. Wystrój knajpki jest świetny. Aż chce się zasiąść na pół nocy i żłopać rum, słuchając kubańskiej muzy. To miejsce z duszą. Polecam, polecam, polecam.

Z seriali oglądam sobie od nowa “Once Upon a Time”. Kiedyś zaczęłam oglądać ten serial, ale mnie znudził. Teraz wydaje mi się jakiś taki przyjemniejszy. I nawet mnie wciągnął.

Jeżdżę teraz do pracy przed szóstą rano. Jest jeszcze ciemno. Dawno nie żyłam o tej porze. Za każdym razem czuję się, jakbym zanurkowała w zupełnie obcy świat: mroku, rosy, ulicznych latarń i ludzi pędzących z pracy i do pracy. To szybki świat. Niespokojny. Zadziwia mnie to, że od pięciu dni jeżdżę przez Psie Pole za tym samym samochodem z napisem na rejestracji “Wal śmiało, i tak to ty płacisz”. Kiedy wracam, na Kiełczowskiej szaleje ten sam świr czarną beemką na niemieckich blachach. Wszystko jest idealnie powtarzalne. Nawet stawiam moje Ufo na tym samym miejscu na firmowym parkingu. Pięć powtórzeń i weekend.
Ostatnio jechałam gdzieś z Krzyśkiem autostradą A4 i rozmawialiśmy o Toyotach. Patrzymy, a tu na banerach na poboczu same reklamy Toyoty. I Krzysiek mówi: patrz, wyłapały nas kukizy. Z początku nie załapałam, o co mu chodzi, a potem zajarzyłam, że o pliki cookies. Naprawdę żyjemy w matriksie.
Aż się wzdrygnęłam.
Na tę okoliczność można sobie posłuchać kawałka Roba Dougana “Furious Angels“. Teledysku nie radzę oglądać. Za każdym razem wymiękam ze śmiechu, kiedy ten Pan, w sensie chyba Pan Rob sunie po asfalcie i prawie wyprzedza autobus. Kawałek jest z “Matrix Reloaded” i stanowi chyba (mimo dziwnego teledysku, ale być może jestem na ten teledysk po prostu zbyt płytka) najlepszą część tego projektu. Nie wiem, jak Wy uważacie, ale moim zdaniem “Matrix” zaczął się i skończył na części pierwszej. Reszta była tylko lichym dopowiedzeniem tego, co nie powinno być dopowiedziane. Chociaż oglądało się fajnie. Ot, potężne widowisko. Ale magii części pierwszej stanowczo mu brakło.

Gdzieś w strumieniu muzyki na You Tube przeleciała mi kapela Limp Bizkit. Kiedy zaczynałam słuchać ich muzy, myślałam sobie: wow, jacy starzy faceci! A teraz patrzę na teledysk z tamtych czasów i myślę: rany, ale dzieciaki. Zmieniam się. Zmienia się perspektywa, z której patrzę.
Otacza mnie coraz więcej bardzo młodych ludzi i coraz mniej tych, o których mogę powiedzieć, że są starzy.
W ogóle to wszystko się zmienia.
Kiedy miałam naście lat wydawało mi się, że jestem zajebiście dorosła. Teraz mam prawie czterdziechę na karku i robię wszystko, żeby nie dorosnąć. Taki ze mnie emocjonalny Benjamin Button.

A teraz słucham sobie Rammsteina i podglądam teledyski. Niektóre mają w sobie ten rodzaj niezwykle brudnej, nasyconej perwersją energii, którą uwielbiam. Inne są po prostu fajnie nakręcone. I bardzo lubię patrzeć na Pana Tilla Lindemanna w tych teledyskach. I lubię jego głos. Ma facet moc. Mój Tata, zawsze jak go widzi, narzeka, że to straszny zwierzak i żebym przestała go oglądać. A ja lubię takich zwierzaków właśnie i nic na to nie poradzę 😀 Tacie, odpowiadam, oglądać Tilla nie każę 😀

Odnośnie mocy, udało mi się wreszcie rozwalić telefon. Znaczy szybkę. W sumie tak nie znoszę tego wieszającego się i zacinającego urządzenia, że pomyślałam, że widok wyświetlacza w rysach pęknięć sprawi mi przyjemność, ale tak się nie stało. Szybko poleciałam do sklepu po szkło ochronne i silikonowy pancerzyk, żeby scalić biedne szczątki i móc jeszcze gdziekolwiek dzwonić. I pomyślałam, sobie, że czasem zemsta wcale nie smakuje słodko. I że zły czyn, o którym myślimy, że przyniesie nam radość, czasem przysparza nam całą masę smutku i rozczarowania. I że dlatego nie warto unosić się gniewem. Znaczy nie wywaliłam telefonem w ścianę, żebyście nie myśleli. Nikomu też nim nie natłukłam (chociaż nie powiem, żebym czasem nie miała ochoty). Po prostu zamiast do tylnej kieszeni spodni włożyłam go na beton. I biedulek popękał.
Poczułam się jak Maggie O’Connell z serialu “Przystanek Alaska”, której wszyscy narzeczeni ginęli w tragicznych okolicznościach. Co tam zresztą narzeczeni? Zabiłam nawet swój telefon.
Chciałabym teraz, żeby formacja Tworzywo Sztuczne zaśpiewała tęsknie “Chciałbym być Twoim telefonem”. Ludzie, litości! Ja bym nie chciała być swoim telefonem, mogłabym odkrzyknąć.

A poza tym to u mnie wporzo.
Czas płynie. Myślę o górach. Muszę ogarnąć kilka drobiazgów w Chatce Bimbrowników. Na wiosnę chciałabym ruszyć z remontem łazienki. Mam ochotę wdrapać się na Szczeliniec Wielki. A potem znów pięć powtórzeń i weekend 😀 Heeeja i do przodu!

Miłego weekendu, Kochani.
Miłozwierz przesyła baranki :3
Mój Patronite: https://patronite.pl/milozwierz

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: