Trudne sprawy – nocne jojczenia Magdaleny G.

Po powrocie z Hiszpanii przyjechała do mnie w odwiedziny siostra.
Znaczy po prostu prosto z Okęcia pojechałyśmy razem do Wrocławia samochodem siostry. To był cały dzień intensywnego podróżowania. Tak intensywnego, że wieczorem ledwo miałam siłę przetoczyć się spacerem po wałach.
Ponieważ tuż przed wyjazdem odwiedzała mię Marta z Kartuz (o czym Wam, Kochani, pisałam), dom miałam mniej więcej ogarnięty. W sensie sprzątnęłam łazienkę i z powrotem przerobiłam pokój moich kotów na pokój gościnny. Profilaktycznie zostawiłam na gościnnym łożu rozłożone prześcieradło, żeby nie musieć bezpośrednio po podróży usuwać z materaca ton kociwłosa, co jak wiemy nie jest czynnością ani prostą, ani przyjemną. Lósia jednak zapobiegliwie zdjęła prześcieradło, żeby się nie zawłosiło. Lósia zawsze dba o to, żebym nie odczuwała nudy, ani mąk bezczynności. Wobec tego pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po podróży było intensywne usuwanie sierści z tego nieszczęsnego łóżka. Robiłam to za pomocą specjalnych szczotek i rolek. Zmęczyłam się i spociłam, wyniosłam z pokoju gościnnego sześć wiader sierści, a łóżko dalej wyglądało dokładnie tak samo jak przed odwłaszaniem. Wobec tego robiąc dobrą minę do złej gry pościeliłam Kasi na tym podwójnym materacu z kłaków. Na szczęście Kasia też jest kociara i w ogóle jej nie obeszło, że śpi na zwałach świeżych, kocich kłaków. Skwitowała to jednym zdaniem: daj spokój, przecież nigdzie nie jest narzygane.
Zostawiłam więc świeżo pościelone łóżko mając nadzieję, że nikt się doń nie wprowadzi przed Kasią.
Chwilę potem wszystko wyglądało mniej więcej tak:

Nie miewamy gości często, bo generalnie już jakiś czas temu zrezygnowałam z organizowania hucznych zaprosin i imprez, i teraz każdorazowe pościelenie łóżka gościnnego z wykorzystaniem świeżej pościeli jest dla kociarstwa nie lada atrakcją. Nigdzie nie śpi się tak dobrze, jak w łóżku dla gości zanim jeszcze prześpią się w nim goście.

Skoro już dzisiaj tak sobie jojczę, coś Wam, Kochani, opowiem, narażając się zapewne na gównoburzę, ale trudno. Tak dawno nie padało, że nawet jeśli trochę popada gównem, nic się nie stanie.
Zrezygnowałam z proszonych imprez, bo w sumie trochę się zawiodłam. Lubię spokój. I pewnego dnia czara goryczy przelała się definitywnie. Organizowałam, wiecie, przyjęcie, takie dla znajomych i krewnych królika, miała być kameralna imprezka z pogaduchami do rana, a ci znajomi i krewni znienacka przyjechali z dziećmi. Z dziećmi, których, de facto, nie zapraszałam i na które nie byłam przygotowana, bo jestem osobą bezdzietną i mój dom w ogóle nie był dostosowany do goszczenia dzieci. Ja też nie byłam dostosowana. Ani psychicznie, ani organizacyjnie. I cały wieczór nie dość, że byłam kelnerką na własnej imprezie (za czym nie przepadam), to jeszcze ową kelnerkę zaopatrzono w funkcję niani i program nadzoru nad dzieciakami. W życiu nie byłam bardziej zmęczona, jak wtedy, kiedy pół nocy musiałam zabawiać cudze latorośle. Wtedy powiedziałam sobie, że to ostatnia impreza w moim domu. Pominąwszy, że główną atrakcją wieczoru były próby ciągania mojego kota za ogon. Ku uciesze podpitych rodziców. I żadne prośby ani groźby nie przynosiły efektu, więc efekt był taki, że z rodzicami zerwałam bliższe kontakty.

Czasem tęsknię za takimi imprezkami, kiedy każdy jest w stanie oporządzić siebie, przynosi jakieś przekąski, ja stawiam na stół napoje i siedzimy i gadamy, gadamy, gadamy. Nie muszę biegać z wykwintnymi daniami, parzyć kawek, herbatek, mieszać sałatek, doglądać grilla, a potem latami sprzątać, froterować i zmywać. Ale jestem podobno dorosła i nawet przyjęcia też powinnam mieć podobno dorosłe. Znaczy dla relaksu (po po to podobno są spotkanie ze znajomymi) utyrać się po pachy. A ja nie lubię. No to podziękowałam…

Z Martą, czy Kasią są właśnie takie całonocne spotkania, że można być sobą i tak po ludzku odpocząć.

Wiecie, nie o to chodzi, że jestem jakimś potworem, który nie lubi dzieci, albo Babą Jagą, która lubi tak bardzo, że tuczy dziatwę w klatkach w salonie pod podłogą, ale brakło mi w tym wszystkim jednego, jakże trywialnego pytania: “Ej, Magda, a ty powiedz: nie będzie ci przeszkadzało?” I wtedy powiedziałabym pewnie, że nie i przygotowała tę nieszczęsną imprezę tak trochę pod dzieci. Wiecie, skombinowała jakieś gry, rozrywki, zabawy. Pewnie narysowała fajne kolorowanki i odgrzebała kredki. A tu przyjazd potomstwa był przede mną ściśle kamuflowany do samego końca, dokąd szczęśliwe, rozbisurmanione stadka nie wylały się z samochodów. I masz babo placek…

I potem już byłam nad wyraz ostrożna. Nauczyłam się też asertywnie odmawiać wizyt niespodzianek z latoroślami. Zaczęłam się też zastanawiać, czy nie zrobić takim ludziom podobnego numeru i do ich sterylnych, antyzwierzakowych domów (bo to bardzo czyste domy bez zwierząt, bo przecież zwierzęta brudzą i śmierdzą) nie zwalić się z kotami. I nie zażądać postawienia kuwet, drapaków i odbywanie całonocnej zabawy pluszowymi myszkami, wędkami i wszystkim, co się do zabawy spontanicznie znajdzie. Bo czemu nie?

Zawsze myślałam sobie, że gdybym miała dzieci, zawsze pytałabym, szczególnie jadąc z wizytą do osób bezdzietnych, czy życzą sobie takich odwiedzin. Czy mają ochotę i możliwości. Czy nie będzie to dla nich męczące. Ale ja nawet sama ze sobą nie lubię się wpraszać. Nie wiem, może jestem z innej planety? Może się nie znam. Może przesadzam? Może, nie przeczę, ale osiągnąwszy pewien wiek lat niemalże, bez kilku wiosen, czterdziestu, nauczyłam się dbać o swój własny komfort. Poczucie spokoju. I oduczyłam się przejmowania opiniami innych. W końcu: tyle osób ile opinii i na odwrót. Szkoda życia na dopasowywanie się na siłę.

Jeszcze w kwestii jojczenia: wiecie, że nie oglądam telewizji. Raz, że nie mam czasu (w sensie tego czasu mi szkoda), dwa, że coś się z tą telewizją stało niedobrego już jakiś czas temu. Krzysiek czasem ogląda i za każdym razem, kiedy zerkam mu przez ramię, a on skacze po kanałach, lecą jakieś “Trudne Sprawy” albo “Dlaczego Ja” albo jakieś pokrewne programy lotów tak niewysokich, że gdyby Ikar latał na tym poziomie, na jakim są te programy to by latał do dzisiaj i w życiu nie byłoby żadnego upadku Ikara. Gość byłby zdrów jak ryba i założył pewnie własne linie lotnicze. Jako że wczoraj wspominałam horror “The Ring”, dzisiaj przyszedł mi do głowy w związku z tą telewizją taki dziwny obrazek:

samara © Magdalena Gałęzia

Ja też nie chciałabym być w telewizorze razem z “Trudnymi Sprawami”, więc się Samarze Morgan wcale nie dziwię, że wstała i wyszła 😉

Byłam dziś w kinie (bo nadrabiamy z Kasią momenty, kiedy nie będziemy się widzieć i nie będziemy mogły pójść razem do kina) na “Ant-Manie i Osie”. Wytwórnia Marvela znów dała radę. To dwie godziny doskonałej zabawy. Jak ktoś lubi komiksowe klimaty, polecam bez dwóch zdań.

Jest jeszcze kwestia walizki. Wasze koty też je uwielbiają? Moja walizka, już rozpakowana, wciąż jeszcze leży na kanapie, bo co rusz ktoś w niej mieszka. Zresztą przeprowadzenie eksmisji wcale nie jest sprawą tak prostą, na jaką wygląda. Dlaczego? Zobaczcie komiks 🙂

Miłej nocki, Kochani.
Miłozwierz przesyła baranki :3
Mój Patronite: https://patronite.pl/milozwierz

walizka © Magdalena Gałęzia

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: