Spałem z Twoją najlepszą przyjaciółką

No właśnie.
W ogóle to odleciałam. We wtorek wieczorem zadzwoniła do mię moja przyjaciółka Marta z Kartuz, że będzie przejazdem we Wrocławiu i że możemy się spotkać na piwo wieczorem, ze środy na czwartek.
Taki spontan.

W środę popędziłam na dworzec PKP. Martę złapałam pod Biurem Obsługi Klienta Intercity. Odczekałyśmy swoje w kolejce i wreszcie dostałyśmy się do biura. No i Marta pyta Pana, jak w dniu jutrzejszym dostać się z Wrocławia do Gdańska Wrzeszcza.
– Kiepsko – mówi Pan, wpatrujący się w monitor.
Zamarłyśmy.
– Do koleżanki mówiłem. Kiepsko, bo przez upały przesunęli nam pociąg, którym wracamy z pracy. Ja i koleżanka.
Odetchnęłyśmy, chociaż wyraziłyśmy współczucie Panu, że nie będzie miał jak wrócić z pracy. Potem poszliśmy: Marta, Krzysiek i ja, na lody do polecanej przez Was Manufaktury Balduno na Hubskiej. Jadłam sorbety: cytrynowy, grejpfrutowy i agrestowy. Rzeczywiście dobre.
Po drodze (przy jednym z podbalkonowych ogródków na Hubskiej) Marta pokazała mi, że jagody miechunki rozdętej są jadalne. Że wystarczy tylko rozedrzeć kwiat i można delektować się ukrytą wewnątrz pyszną żydowską wiśnią (zwyczajowa nazwa miechunki).
Jeszcze bardziej potem, czyli po jagodach miechunki i po lodach, poszliśmy walczyć z moją kartą EKUZ (to było piąte podejście).
Proszę Państwa, przede mną 155 osób w kolejce. Obadaliśmy tam wszystko: wkurzoną Panią w okienku na informacji i bodyguardów z firmy Salezjanin (???), którzy wyjaśnili nam, że numerki w systemie wywoływania petentów nie działają od numeru 1 do 999, tylko w zakresie 200 do 599 (???). Potem siedzieliśmy na schodach NFZ’u i piliśmy zimne napoje, a w powietrzu krążyły kolejne numerki wyczytywane martwym, mechanicznym głosem. Kiedy jednak człowiek nie widzi się pińćset lat z przyjaciółką, nawet schody wejściowe do NFZ’u mogą stać się zajebiście ekskluzywnym miejscem do pogawędek. Dwie godziny czekania na swoją kolej minęły jak z bicza strzelił. Potem tak się chichraliśmy z Panią przy okienku, że wydała mi EKUZ od ręki.
Później odbyliśmy obiad w orientalnej knajpce w Galerii Korona (wiem, mało ambitnie może, ale byliśmy już tak wycieńczeni czekaniem pod NFZ’em, że zjedlibyśmy wszystko, co nie ucieka na drzewo). W sumie jak człowiek jest głodny, to wszystko jest dobre. Szczególnie jeśli kosztuje do tego piętnaście złotych (a tyle zapłaciłam za swój obiad: warzywa smażone w cieście, ryż z warzywami i trzy kupki surówek, to tego sojowy sos).
Po obiedzie pojechaliśmy na wycieczkę do Czernicy (zahaczając po drodze o domy Kargulów i Pawlaków z “Samych Swoich” w Dobrzykowicach). Zostawiliśmy samochód za wiaduktem w Czernicy, pod szkołą lub przedszkolem – nie pamiętam co to, i ruszyliśmy polną ścieżką. Przeleźliśmy przez stary most kolejowy nad Odrą (osobom z lękiem wysokości stanowczo nie polecam, trauma jakich mało) i poszliśmy sobie na wieżę widokową w Kotowicach. Wiecie, ja mam koszmarny lęk wysokości, a ta wieża ma podłogę z kratki i kratkowane schody. Nie specjalnie więc pamiętam widoki z czubka, ale na pewno są boskie. Mnie dech w piersiach zaparła sama wysokość. Dodatkowo przy silnym wietrze wieża uroczo się kiwa (a wiało, oj wiało). Na dole byłam czterdzieści razy szybciej niż weszłam na górę. Słuchajcie, jak ktoś się nie boi wysokości, ta wieża, położona tuż za granicami Wrocławia, to bajka. Widać miasto, widać góry, człowiek czuje się tak, jakby latał. Fantastyczna, czterdziestometrowa atrakcja. Całkiem za darmo.

Aha, jak się już pojedzie na wieżę w Kotowicach, warto pójść dalej mostami kolejowymi nad Jeziora: Panieńskie i Dziewicze. To piękne, ciche, dość odludne miejscówki. Wokół Jeziora Panieńskiego wiedzie ścieżka, można obejść je w koło, podziwiając przyrodę. Mnie Krzysiek opowiadał, że ktoś mu mówił, że to Jezioro tak naprawdę nazywa się Smutna Dziewczyna. I że miało to związek z samolotem, który rozbił się i zatonął w toni tego jeziora podczas II Wojny Światowej. To pewnie tylko jedna z wielu legend miejskich (w tym wypadku podmiejskich), ale ja, siedząc tam w nocy, zawsze lubiłam sobie wyobrażać, jak spomiędzy trzcin powoli wyłazi topielica w białej sukience, a potem siada na brzegu i zaczyna płakać. Wikipedia podaje jeszcze jedną legendę miejską na temat Smutnej Dziewczyny .Możecie sobie poczytać. W każdym razie z jakiegoś powodu wokół jednego leśnego jeziorka narosło wiele dziwnych opowieści. Bardzo zachęcam, żeby je odwiedzić na jakiejś niedzielnej wycieczce. Warto.

No a wieczorem byliśmy na piwie nad Widawą, a raczej w Widawie. I na Psim Polu, bo przeszliśmy rzekę wpław. Piliśmy litewskiego Cannabisa, Marta piła pyszne piwo Canis Lupus, a ja testowałam brzoskwiniowego San Escobeer z browaru Doctor Brew. Doctor średnio mi smakował, bo jak na piwo owocowe był za gorzki, a jak na piwo gorzkie, zbyt owocowy.

A w nocy Jaśniepan mię zdradził.

Pomimo tego to był dobry dzień.

Rano musieliśmy odwieźć Martę na dworzec i było mi smutno. Czemu takie zajebiste spotkania muszą się kiedyś kończyć?

Wszystkiego chłodnego, Kochani.
Miłozwierz przesyła baranki :3
Mój Patronite: https://patronite.pl/milozwierz

zdrajca © Magdalena Gałęzia

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: