Śniadanie w amfiteatrze

Już jakiś czas temu kupiłam Jaśniepanu w internetach takie tekturowe legowisko – drapak, które Wy, Kochani, pięknie ochrzciliście amfiteatrem. I teraz Jaśniepan zażywa kultury i spędza wszystkie swoje wolne chwile w amfiteatrze. Warto dodać, że życie Jaśniepana składa się wyłącznie z wolnych chwil, więc amfiteatr jest non stop w użyciu.

Dziś spędziłam dzień na mojej ukochanej Ślęży. Wlazłam na szczyt, bo już dawno mnie tam nie było, odwiedziłam Zbójeckie Skałki, Olbrzymki i Bar, czyli punkt widokowy nieopodal Wiszącej Skały, która już dawno przestała być wiszącą skałą, bo się urwała.
Dziś miałam w ogóle życiowy nieogar. Ubrałam się w legginsy trzy czwarte i świeżą białą koszulkę, cudnie pachnącą płynem do płukania. Oczywiście jeszcze w samochodzie upieprzyłam sobie cały przód koszulki zieloną czekoladą z loda “Kaktusa”, potem okazało się, że legginsy mają na udzie wielką plamę po sosiku, który wylałam na siebie w restauracji w Hiszpanii. Plama się nie doprała, a ja nie zauważyłam. Kiedy zaś siedziałam na Barze, Ślęża uszczypnęła mię w pośladek skałami i wyrwała mi w legginsach na pośladku dziurę. Normalnie mię bestia ugryzła i tak łaziłam, nie dość, że z plamą, to jeszcze dziurą na tyłku. Cóż, bywa…

Kiedy właziłam na Ślężę swoją autorską ścieżką równoległą do czerwonego szlaku z Sulistrowiczek, nieopodal mię przewróciło się drzewo. Rozległ się nagle trzask i drzewo runęło z takim impetem, że cała góra podskoczyła, a ja na górze podskoczyłam również. Nie było wiatru. Nie było niczego. Po prostu drzewo umarło samo. Prawie pod moimi nogami. Smutne to jest, przeżyć takie ogromne drzewo.

Wczoraj włóczyłam się po Górkach Kocich w Trzebnicy. Tak naprawdę to byliśmy na grandzie w starych, opuszczonych sadach za Trzebnicą. Mamy od lat takie porzucone miejsce podobne do wielkiego marketu spożywczego: na jednym regale leżą jabłka, na drugim węgierki, na trzecim zaś mirabelki we wszystkich wzorach i kolorach dostępnych mirabelkom. I zawsze jeździmy tam raz w roku, wczesną jesienią, nażreć się po kokardę tymi cudami. Jedyna cena to włażenie w gigantyczne trawska po pachy i pływanie w nich żabką. Od lat nikt nie dba i nie obrządza tych drzewek i krzaków. W trawie fermentuje tyle jabłek, że można się upić samym zapachem.
Gdybyście potrzebowali dobrego miejsca na obiad w Trzebnicy, to znaleźliśmy fajny bar: “Chicken & Pizza” na Obornickiej 41F. Za cztery dychy na dwie osoby można się najeść (znów po kokardkę). Jadłam sałatkę grecką: była ogromna i bardzo świeża. Polecam 🙂
Od wczoraj leżę i trawię to wszystko jak warszawski pyton, dlatego przebieżka po Ślęży była mi dzisiaj bardzo potrzebna. W sumie była zabiegiem ratującym życie, bo do tego wszystkiego obrodził nam jeszcze w ogrodzie krzew winogronowy i wiecie… Plus pińćset do masy w przeciągu kwadransa.

I tak sobie żyję. Powolutku, w ostatnich strumieniach lata, nieprzesadnie przejmując się światem.
Życzę Wam tego samego.
Miłej nocki, Kochani.
Miłozwierz przesyła baranki :3
Mój Patronite: https://patronite.pl/milozwierz

amfiteatr © Magdalena Gałęzia

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: