Podróż do Warszawy

Wam też czasem diabeł nakrywa ogonem?
I stało się. W sobotę wylądowałam z łóżku z innym. Z trochę obcym i cudzym. Większym i bardziej zarośniętym. Leżałam i końcami palców muskałam jego bujne owłosienie, a on mruczał mi do ucha, masując moje ciało.
To był Sybir, syberyjski neva masquerade mojej siostry Kasi mieszkającej w Warszawie.
Przyszedł ze mną spać. Położył mi się koło twarzy i ugniatając mię łapkami mruczał kołysanki. Jego elektrycznie błękitne ślepia błądziły gdzieś w środku mojej głowy i kradły mi sny.
Sybir to fajny gość, chociaż niektórzy mówią, że jest mocno asertywnym kotem. Są też tacy, co używają słowa chamski.
Ja tam go uwielbiam.
Byłam w Warszawie na bardzo udanym spotkaniu z Paniami z Wydawnictwa (pozdrawiam) w kwestii kalendarzy. Jak widzicie, pracuję dla Was w pocie czoła.
W ogóle podróż była śmieszna. Najpierw nasze stanowisko autobusowe zajął autobus do Krakowa. Ludzie próbowali wytłumaczyć Panu Kierowcy, że napisy mu się poebały (dosłownie), ale Pan był uparty i mówił, że nic mu się nie poebało, że na prawdę jedzie do Krakowa, a nie do Warszawy. Autobus do Warszawy wypatrzyliśmy po jakimś czasie w ciemnym kąciku hali odjazdów. Stał za ogromnym, betonowym filarem podpierającym strop Dworca Głównego we Wrocławiu, jakby wstydził się, że jest taki brzydki (jak Quasimodo z bajki “Dzwonnik z Notre Dame” się wstydził). To jednak nie przeszkodziło spragnionej podróży grupie i wszyscy, jak stadko owieczek, pognali do autobusu. W tym momencie autobus pojechał na inne stanowisko. Stadko pobiegło za nim, szurając walizkami. A tu się okazało, że autobus tylko podjeżdżał do przodu, żeby ten z Krakowa mógł wycofać. Potem wrócił na swoje stanowisko, cały czas goniony przez obładowaną bagażami grupkę. Zaczęłam się zastanawiać, czy gdyby Pan autobusiarz po prostu pojechał do Warszawy, całe stadko, szurając walizkami, potruchtałoby za nim? W każdym razie zapakowałam się do autobusu i już niemal cieszyłam się miejscem bez współpasażera, kiedy dosiadł się do mnie Pan z Indii. Jeszcze nie ruszyliśmy, a Pan z Indii już konwersował ze mną w najlepsze, w łamanej angielszczyźnie. Jestem z natury mrukiem, introwertyczką o ekshibicjonistycznej naturze pisarki, mowa nigdy nie była i nie będzie moim medium bo żyję wewnątrz siebie, a tu masz: rozgadany Pan z Indii. Pan Thomas. I Pan Thomas opowiedział mi wszystko: o historii Indii, kulturze, maharadży, który ratował statek z polskimi uciekinierami podczas wojny, o swoim bracie, który pracuje jako inżynier na wielkich promach i jakiś czas temu przypłynął do Gdańska… Wiecie, niebywale to było interesujące, ale podróż to dla mnie czas wolnych myśli, czytania i słuchania muzyki. Nie lubię rozmawiać w czasie podróży. Przeprosiłam więc, otworzyłam książkę Rafała Froni i zaczęłam czytać. A tam były zdjęcia. Pan Thomas oczywiście zajrzał mi przez ramię, stuka w zdjęcie w książce palcem i ćwierka: “Oooo, Katmandu!” I dawaj mi snuć opowieści o historii Nepalu. W Warszawie wysiadłam z lekka wypompowana. Pan Thomas chciał mi jeszcze gdzieś odprowadzać, ale serdecznie się pożegnałam i chyłkiem zwiałam. Potem zżarłyśmy z siostrą półmetrową pizzę na Barskiej (zgrzeszyłam, zjadłam trochę szynki, pocieszam się, że z mięsem być może miała niewiele wspólnego, więcej z soją), a potem pojechałam na spotkanie w centrum. Oczywiście zgubiłam się w ogromnym przejściu podziemnym przy przystanku (nomen omen) Centrum (latałam po nim kwadrans, wyłażąc ciągle tym samym wejściem), a potem zabłądziłam, bo siecią uliczek źle poprowadził mię cholerny GPS. Na spotkanie spóźniłam się przez to 20 minut. Tak się właśnie zachowuje Miłozwierz w wielkim mieście. Króluje chaos, cytując von Triera.
W niedzielę byłyśmy z siostrą obczaić “Deadpool’a 2”. Zajebista jest ta seria, uwielbiam 😀
A potem wróciłam do Wrocka.
Dziś od dziesiątej rano robiłam porządek na miłozwierzowym messengerze. Około 16.00 zdałam sobie sprawę z tego, że może minęłam połowę. Już nie dziwię się, czemu naprawdę słynni ludzie zatrudniają osoby do odpisywania na wiadomości 😀 Niezmiernie cieszy mię każda wiadomość, na każdą chciałabym odpowiedzieć całą sobą, ale wtedy trwałoby to latami, więc, Kochani wybaczcie, odpowiadam zdawkowo 😀 😀 😀 Część wiadomości ciągle jeszcze przede mną :/
Dlatego zawsze proszę w ważnych sprawach pisać maile: sklepzoolog@wp.pl .
A poza tym wporzo 🙂
Miłego wieczoru, Kochani.
www.facebook.com/Milozwierz przesyła baranki :3

Mój Patronite: https://patronite.pl/milozwierz

 

diabel © Magdalena Gałęzia

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: