Osuwisko kamieni

Chatka na kurzej stopce tonęła w półmroku. Wewnątrz, przy stole siedziały dwie Wiedźmy: Muszka i Flo (od Florentyny). W kącie, na sporym łóżku, pod toną kołder, wił się jęczący kształt. Z bliska można było ustalić płeć męską. Był to Roderyk, znany na całą okolicę Wioskowy Rębajło i moczymorda (okazjonalnie), upijający się na Hemingwaya, a więc niegroźny w kwestii alkoholu. Tym razem jednak Roderyk był trzeźwy.
– Musisz, kochana – powiedziała Flo do lekko zdołowanej Muszki – spojrzeć na swoje problemy jak na wielkie osuwisko kamieni, zagradzające ci drogę.
– No i? – mruknęła Muszka, powolnymi ruchami mieszając w kubku gorący eliksir. Prawdę mówiąc nie miała ochoty na żaden porypany kołczing, ale słuchała z uprzejmości. W końcu Flo też nieskończoną ilość razy wysłuchiwała w Czarowni jej poalkoholowych bredni.
– Ja konam! Dajcie mi umrzeć – zakwilił Rębajło ze swojego posłania. Kołdry poruszyły się niespokojnie i wydobyło się spod nich donośne buczenie.
– No i wyobraź sobie, że jakoś musisz to osuwisko pokonać. Kiedy patrzysz na nie całe, wydaje się nie do przejścia. Widzisz głazy, szczeliny, rozpadliny. Ogarnia cię lęk, że nie dasz rady. Myślisz o tym, żeby się poddać.
– Pozwólcie mi odejść! To boli! Boli! – włączył się Roderyk. Jego wrzaski powoli przechodziły w żałosny falset. – Miejcie litość, kobiety. Miejcie litość nade mną!
– Widzisz krajobraz nie do pokonania – kontynuowała Flo spokojnym głosem. – Ale kiedy zaczniesz iść, kiedy będziesz pokonywała kamyczek po kamyczku, powoli, skupiona tylko na każdym pojedynczym kroku, nawet nie zorientujesz się, że doszłaś do końca. Rumowiska oczywiście. I że masz je za sobą.
– Niech ktoś mnie zastrzeli! – zabuczał Roderyk. – Obwiesi! Poda trutkę!
– Czasem lepiej starać się rozwiązać po kolei każdy maleńki problem, niż dać się przytłoczyć wszystkimi naraz – uśmiechnęła się Flo. – Rozumiesz?
– Idziemy do Czarowni na lufę? – Muszka jednym ruchem wlała sobie do gardła eliksir, przełknęła go i wierzchem dłoni otarła usta. W jednej chwili jej oczy rozbłysły jak gwiazdy.
– Niech ktoś mnie, krówa, wreszcie dobije! – Od wrzasku Roderyka zaklekotały szyby w oknach chatki. – Borze zielony, co za ból! Co za pierlodony ból!
– Co mu tak naprawdę jest? – zaniepokoiła się Flo. – On jest normalny?
– Ma katar. Zostawmy go. Pozwólmy mu odejść w spokoju. – Muszka wstała. Zabrała spod ściany chaty miotłę, przerzuciła nad nią nogę i usiadła zamaszyście na trzonku. W tej sekundzie miotła uzyskała nośność.
– Jesteś jak zwykle uroczo staroświecka, kochana. – Flo wyciągnęła spod stołu mały, okrągły odkurzacz bezprzewodowy. Stanęła na nim i dostojnie wypłynęła z chaty.

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: