O japońskich turystach, sierści i burzy

Na komiksie sytuacja z dzisiaj. Wiecie, ja mogę spać w sierści, odżywiać się sierścią i sierścią oddychać, moje kotasy nie. Bo ma być wyprane, pachnące płynem do płukania, a nie, że tam jakieś uflogane kłakiem.
Z weekendowej podróży nie opisałam Wam jeszcze dwóch rzeczy:
Pierwszej, to jest ataku japońskich turystów na nasz autokar i drugiej, czyli dziwnej nawałnicy nad Łodzią.
Turyści zjawili się na naszym pokładzie przez Pana Kierowcę autobusu z Krakowa, który zajął nam stanowisko, przez co nasz autobus musiał opóźnić wyjazd i zrównał się z następnym autobusem zatrzymującym się w Łodzi. Nasz miał się tam nie zatrzymywać, ale wiecie, będąc Japończykiem zagubionym w Polsce, ciężko jest odróżnić numer autobusu P4 od P4. To potrafią tylko Polacy, zaprawieni w niejednych barejowskich bojach. Turyści wpadli na pokład z nielichą energią. I rozbili się o dorodnego Pana Kierowcę naszego autobusu, który sprawdzał bilety. I potem nastąpiła pewna ciekawa sytuacja, otóż Pan Kierowca naszego autobusu myślał sobie chyba, że im głośniej będzie mówił do tych turystów po polsku, tym bardziej oni ten polski ogarną i zrozumieją komunikaty. I krzyczał, machając Japończykom nad głową znakiem zwycięstwa: są two autobusy, ludzie. Tu autobusy, w sensie. A Japończycy, nic, bo co im ma powiedzieć plątanina: są tu autobusy? Ano nic. Wreszcie któryś z pasażerów dolnego pokładu, któremu widać było do Warszawy spieszno, ulitował się nad Japończykami i wyjaśnił im, żeby spokojnie czekali na swój autobus do Łodzi.
Ja przez Łódź wracałam. Jechaliśmy uliczkami i akurat rozkręcała się nawałnica. W małym, sielskim domku między blokowiskami, za płotem z muru i malw, stała suszarka z praniem. I tak się bardzo martwiłam, że komuś zmoknie to pranie, a nie miałam jak mu powiedzieć, że zaczyna padać. Świat wyglądał tym czasem, jak przedarty na dwie połowy: na północ od Łodzi było czarno, a niebo zdawało się wrzeć, na południe od Łodzi było pogodnie, błękitnie i ciepło. I tak aż do Wrocławia. A w Warszawie biegałyśmy z siostrą z parasolami, łapiąc okienka pogodowe bez ulew, żeby się przeprawiać z tramwaju w tramwaj. We Wrocławiu miałam ochotę przebrać się w kostium kąpielowy i zalec na leżaku z dorodnym drinem w ręce. Taki skwar. Dzisiaj już ciepła nie ma. Z północy, czy tam ze wschodu, przyczłapał do nas deszcz.
A poza tym wporzo, Kochani.
Miłozwierz przesyła baranki :3

Mój Patronite – tu można wspierać moje komiksowanie 😀

 

siersc © Magdalena Gałęzia

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: