O borsuku, jarmużu i wiśniowym piwie z Belgii

Wiecie, w sobotę koło dziewiętnastej spakowałam się (powiedzmy, że z lekka pobieżnie, jeśli można tak nazwać wrzucenie do plecaka czystych majtek) i pojechałam sobie do Chatki Bimbrowników. Miałam spać na werandzie na hamaku, ale finalnie stwierdziłam, że nie chce mi się wiązać linek i że prześpię się jednak w łóżku, bom zbyt zmęczona na plątanie sznurków (podczas spania na hamaku kluczową rzeczą dla komfortu snu jest odpowiednie przytwierdzenie hamaka do czegoś, co ciężko urwać lub złamać). W podjęciu takiej, a nie innej decyzji pomogło mi wiśniowe, belgijskie piwo Lindemans Kriek, które dostałam od Gosi. Tak, tej Gosi, która zbudowała tego bloga. Do tego podarowała mi jeszcze to pyszne wiśniowe piwo. Spróbujcie. To jest majstersztyk piw owocowych. Piwne działo sztuki. Lekko kwaśne, orzeźwiające, delikatnie słodkie. Polecam z czystym sumieniem.

Wiecie, niedaleko Chatki Bimbrowników zagnieździł się borsuk. Krzysiek mówił, że w nocy zwierz ów siłował się z płotem, ale że w sumie brzmiał jak dzik, więc Krzyś nawet nie wstawał sprawdzić, co to. Dziki są u nas częstymi gośćmi i nie zwracamy na siebie uwagi. Borsuka w życiu nie widziałam na oczy, poza jednym, zabitym przez auto biedakiem koło Zalewu Sulistrowickiego. Teraz znalazłam w okolicy naszego płotu typowe, borsucze latryny: dołki z odchodami. Borsuki wykopują je, kupkają do środka i zostawiają niezasypane. Po tym poznałam, że w ogóle mamy do czynienia z borsukiem. Ciekawy sąsiad. Nie znałam osobiście jeszcze żadnego borsuka.

Całą niedzielę przeszlajałam się po Masywie Ślęży. Krzysiek poszedł na szlaki biegać, a ja łaziłam sobie po lesie tak jak lubię: zupełnie bez celu. Przyglądałam się drzewom i kwiatom, górskiemu strumykowi i sprawdzałam dokąd prowadzą stareńkie, pozarastane ścieżki, te, których jeszcze nie znam. Nie lubię gór dla wyczynów. Nie jestem typem zdobywczyni. Jestem damskim Włóczykijem. Lubię góry przez to, że nie zadając pytań, wyciągają z nas odpowiedzi i pozwalają odetchnąć. Oderwać się od wszystkiego, od czego mam ochotę się oderwać. W lesie, w górkach, wszystko jest oczywiste. Prawdziwe. Nie ma wydumanych zagrożeń, nie ma tego wszystkiego, co wpędza człowieka w przewlekły, cywilizacyjny stres, jest tylko tu i teraz i to jest ważne. Ważne jest, żeby nie zgubić drogi. Żeby mieć co pić (a nie: mieć za co pić). Nie obetrzeć stóp. Nie wejść znienacka dzikom do łazienki (jak wczoraj pani Gałęzia) i żeby zawsze mieć ten mały margines sił, żeby wrócić do domu. Lubię chodzić, chodzę już tak długo, że mam do swoich nóg trochę zaufania. Zresztą w Masywie Ślęży dojść można wszędzie, z jednej strony góry na drugą, można obłazić górę w kółko, obojętne. I tak do domu wróci się zawsze.

Próbowaliście kupić kiedyś krótkie spodenki na czas? Ja próbowałam. W sobotę, bo oczywiście w domu zapomniałam przeskoczyć z owłosionych kotami dresów w szorty i pojechałam w te góry w obrzydliwych, grubych dresowych gaciorach (przy temperaturze 30° C). Dobrze, że chociaż buty założyłam dwa takie same, bo jakiś czas temu poszłam na piwo w dwóch różnych trekkingowych butach. Efekt moich spontanicznych zakupów? Nie chcecie wiedzieć. Chodzę teraz w bawełnianych majtkowatych pantalonach, bo (oczywiście) wyleciało mi z głowy, że spodenki to noszę “L”, a nie “XL”. I kupiłam sobie nieszczęsne pantalony i wczoraj zasuwałam po lesie w tych pantalonach i w ogóle przez jakiś czas jestem na te pantalony skazana, bo przecież ich nie wyrzucę. Trudno. W ogóle nie lubię robić zakupów. Szczególnie na czas, bo to już z daleka śmierdzi zagładą 😀 Zawsze uda mi się kupić coś obrzydliwego i potem pluję sobie w brodę, że pochopnie wydałam na to moje ciężko zarobione pieniądze.

Dziś rano byłam “na mieście”, jak to się kiedyś mawiało. Obrzydliwe wrażenie. Karty EKUZ nie załatwiłam, bo przede mną w kolejce było 59 (słownie: pięćdziesiąt dziewięć) osób do złożenia wniosku. Wymiękłam i postanowiłam przyjechać w środę wcześnie rano. Rowerem. Okolice Dworca PKS w ogóle są samochodowo nieprzejezdne. Wszystkie ulice w remoncie, przekombinowane oznaczenia dróg, nawet sami drogowcy nie wiedzą o co chodzi. Czasem mam takie bardzo niemiłe wrażenie, że Wrocław bardzo nie lubi swoich mieszkańców i że chce się ich pozbyć każdym możliwym sposobem. Rozumiem, że w ramach ekologii władze chcą wysiudać z centrum samochody, ale na przykład na rowerze ja się trochę boję po Wrocku jeździć. W wielu miejscach ścieżki rowerowe są powytyczane tak, że znienacka przecinają ruchliwe jezdnie, tworząc pułapki, bo niby osoba na rowerze ma pierwszeństwo, ale rowerem samochód ciężko przepchnąć. W dodatku po ścieżkach dla rowerów łażą piesi, a bór zielony wie czemu, najczęściej matki z dziećmi. Komunikacja miejska jest w miarę ok, ale na Kowalach jeździ tylko jeden autobus, co pół godziny w dni powszednie i to jedzie z Sępolna albo Wojnowa na Rędzin, a więc opłotkami miasta i konieczne są przesiadki. Pociąg jest bardzo drogi, bo w większości też trzeba robić przesiadkę. Mamy jeszcze tramwaj, ale ja mam do pętli pół godziny spacerkiem. Kiedy więc raz na ruski rok wyskakuję coś załatwić na to “miasto”, najwygodniej mi jechać samochodem, tylko że samochodu nie ma gdzie zaparkować, bo wszędzie wmurowano metalowe pachołki. I trzeba kombinować. Marzę, już naprawdę marzę, żeby zamieszkać w górkach, a miasto widzieć tylko jako łunę na horyzoncie, w ciemną, bezgwiezdną noc.

Borze zielony, chyba pojadę wejść na Śnieżkę.
Muszę coś zrobić ze swoim życiem i jak nie zrobię tego teraz, to chyba umrę.
Miłego dzionka, Kochani.
Miłozwierz przesyła baranki :3
Mój Patronite: https://patronite.pl/milozwierz (cegiełka na kufelek tuńczyka: kufelek dla mię, tuńczyk dla Jaśniepana 😀 )
PS. Ja też nie lubię jarmużu 😀

jarmuż © Magdalena Gałęzia

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: