Ludzkie serce

Marysia, zwana przez swoich nieistniejących przyjaciół Czerwonym Kapturkiem, szła sobie przez las. Szła niespiesznie, zważając żeby ostre jęzory jeżyn czyhające w trawach nie podrapały jej łydek. Szła w ciszy. Nie śpiewała, ani nie pogwizdywała. Słuchała ptasich treli i myślała sobie, co też porabia jej ukochana Babunia, mieszkająca w Środku Lasu. Nie spodziewała się zagrożenia, dlatego straciła czujność. W sensie w lesie nigdy nie była zbyt czujna i to się na niej niestety zemściło. Zboczeńca zobaczyła dokładnie wtedy, kiedy omal w niego nie wpadła. Rosły, zarośnięty facet stał przed nią na środku ścieżki i powoli rozchylał poły prochowca, śmiejąc się pożądliwie. Oprócz płaszcza miał na sobie tylko ohydną, pożółkłą pod pachami koszulkę na ramiączkach. Przez dekolt koszulki wyzierały kłaki. Nie wyglądało to ładnie.
– No widzisz, co narobiłeś? – z wyrzutem powiedziała Kapturek. – Przez ciebie upuściłam koszyczek.
Istotnie, wiklinowa miseczka smętnie leżała na ścieżce. Białą serwetkę przez chwilę bawił się lekki leśny wietrzyk.
Facet oblizał się pożądliwie.
– Chodź do wujaszka, mała dziewczynko. Wujaszek ma coś, co ucieszy dziewczynkę.
– Naprawdę? – Kapturek cofnęła się nieco. Zmrużyła oczy. W jednej sekundzie niewinność zniknęła z jej buzi. Wolnym ruchem rozsznurowała czerwoną pelerynkę i pozwoliła jej opaść na trawę. Nie spuszczała wzroku z mężczyzny. Wzięła głęboki wdech. Nagle ciężko klęknęła na ścieżce. Pochyliła się i oparła dłonie na miękkiej, ciepłej ziemi. Jej kręgosłup wystrzelił w górę, rosnące żebra rozdęły boki, rozrywając białą sukieneczkę. Skóra na ciele zaczęła pękać, a spod niej powolutku wyłaniało się futro. Wszystko odbywało się w ciszy. Ciszy przerywanej tylko mlaskaniem rozrastających się tkanek. I serią wizgów, kiedy mężczyzna starał się złapać oddech.
Na próżno. Stał jak wmurowany w ziemię, tylko jego oczy powiększały się i powiększały, w miarę jak potężniał kształt przed nim. Po skroni mężczyzny pociekła kropelka potu. Przebyła policzek, zostawiając na wilgotniejącej skórze ślad i spadła na bark.
Wilk skoczył.
Zbił mężczyznę z nóg i wżarł się w jego brzuch, wywlekając jelita. W lazurowe niebo popłynął wrzask bólu. Marysia nigdy nie lubiła jednak, żeby ktoś bezmyślnie hałasował w lesie. Uderzyła zębami. Czaszka mężczyzny pękła jak arbuz.
Marysia położyła się częściowo na zwłokach i zaczęła jeść. Facet był obrzydliwy i tłusty, do tego miał problemy z higieną, ale ona była głodna. Piekielnie głodna. Cały tydzień grała w teatrze życia grzeczną dziewczynkę. Chodziła do szkoły, stroiła się i udawała, że ma koleżanki, chociaż te pachnące pudrem i wazeliną lale nie obchodziły jej wcale. Grała lalkę, żeby oszczędzić sobie szkolnego prześladowania. To były ciężkie lata. Marysia bardzo źle znosiła to całe udawanie.
Kiedy była szczenięciem, mama, tata i rodzeństwo musieli przeprowadzić się do miasta, bo teren, który wcześniej należał do watahy taty kupił jakiś świrnięty deweloper i przerobił na akwapark. Market. Parking. I smutne osiedle takich samych domków, z których płynął zapach ludzi umierających ze strachu, chociaż nikt nigdy na nich nie polował.
Wilczyca podniosła się i z góry spojrzała na truchło, kichnęła ze wstrętem, a potem odwróciła się i lekkim truchtem odbiegła w las, oblizując się chciwie.
„Wujaszek ma coś, co ucieszy dziewczynkę” – pomyślała. – „Oczywiście. Wujaszkowe podroby dały dziewczynce masę radości.”
Biegła przez las lekko. Cieszyła się słońcem na niebie, chłodem wiatru w sierści, miękkością trawy, zapachem żywic i ziół. Wreszcie trafiła na polanę będącą Środkiem Lasu. Tam, na wielkim kamieniu leżała sobie Babunia. Ogromna, siwa wilczyca o łbie pooranym niezliczonymi bliznami z niezliczonych walk o przetrwanie. Podniosła głowę i kilka razy kiwnęła końcówką ogona, co oznaczało, że rozpoznaje wnuczkę. Marysia podeszła do niej i na znak uległości pocałowała jej siwy policzek.
Była w domu.
Wiele kilometrów dalej wiatr zwiał białą serwetkę z leżącego na ścieżce wiklinowego koszyczka. Na samym jego dnie, starannie opakowane w jednorazowy, niepodlegający opłacie recyklingowej woreczek, leżało ludzkie serce.

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: