Dzień kobiet

Rębajło szedł przez wioskę wolnym krokiem. Nie, to nie jest dobre zdanie rozpoczynające tę historię. Dobre zdanie powinno być takie, żeby zatrzymało czytelnika w świecie opowieści.
Spróbujmy więc jeszcze raz:
Z marketu Kokcinelo wyrwał się nieznośny wrzask bólu, który szybko utonął w powodzi przekleństw. Rozległ się rumor i ściany sklepu zadrżały. Dach podskoczył. Wewnątrz dyskontu panował chaos, przetykany rykami, wyciem i wulgaryzmami. Nagle rozsuwane drzwi marketu wybrzuszyły się i pękły. Na asfalt parkingu wysypało się kilka skłębionych ciał. Jedna z postaci wyrwała się z tłumu. Był to zakrwawiony mężczyzna lat około trzydziestu. Drżącą ręką uniósł ku niebu bukiet tulipanów, popatrzył nań z nadzieją i bez czucia osunął się na bruk.
– Udało się! Udało się wyrwać w promo bukiet za piątaka – wychrypiał i umarł.
Wioskowy Rębajło, Roderyk Grzmizad Waleczny, spojrzał na truchło z pogardą i godnie przestąpił nad nim. Generalnie to szedł przez wioskę Sowie Doły wolnym krokiem i podziwiał trwającą od kilku dni odwilż, która zawitała do Lechistanu po dwóch miesiącach siermiężnych mrozów. Roderyk lubił odwilże. Mógł wreszcie pożegnać swetry i kurtki i dumnie prezentować przed młódkami rozrośnięty tors. Nie miał odwagi prezentować nic więcej. Dobrze wiedział, że gdyby zagadał do którejś z tych ślicznych, roznegliżowanych panienek, jego ukochana, Wiedźma Muszka, zmieniłaby go w psią kupę. Albo coś jeszcze gorszego. Roderyk słyszał od kumpli, co spotkało jego poprzedników i wolał nie drażnić Wiedźmy.
Był mocarnym Rębajłą rzecz jasna, ale nawet dla tak mocarnego Rębajły drażnienie Czarownicy było ryzykowną sprawą. Muszka bywała popędliwa i żyła wedle zasady: „Lepiej coś zrobić i później żałować, niźli żałować, że się nie zrobiło”. Dotyczyło to także radzenia sobie z niesfornymi ludźmi i Rębajło miał tego mocną świadomość. Sporo też widział.
Minął więc walczące o tulipany Kokcinelo i zagłębił się między nieduże domki jednorodzinne. Przed każdym z nich był uroczy ogródek. W niektórych zaczynały już panoszyć się cudne żonkile.
Był Dzień Kobiet i Roderyk świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że Muszka na pewno czegoś oczekuje. Z drugiej strony nie miał najmniejszego zamiaru wdawać się w bijatykę o bukiet tulipanów za piątkę. Więcej hajsu zaś nie miał. Piątka, przeliczył w myślach, to dwa browary. Dwa zimne, spienione, złociste browarki. Nie to co przywiędły wiecheć tulipanów.
Znaczy Roderyk kochał Muszkę bardzo, ale perspektywa wydania ostatniego piątaka na coś, co zaraz klapnie i zwiędnie, nie wydawała mu się przesadnie kusząca.
Wlazł więc do jednego z ogródków i zerwał kilka żonkili.
Po drodze, w malutkim, bankrutującym sklepiku „U Boruty” nabył dwa piwka i delektując się, ruszył przez Zaczarowany Las do Domku Na Kurzej Stopce.
Chatka mieściła się niedaleko baru Czarownia (również Na Kurzej Stopce), ale Roderyk wątpił, żeby udało mu się kogokolwiek naciągnąć tam na kielicha. W sumie to teraz on był winny po kilka kolejek stałym bywalcom baru. Nie miał co liczyć na łaskę. W sumie to dobrze wiedział, że przegiął z sępieniem. W sumie był winny kolegom trzysta pięćdziesiąt lechów.
Postanowił więc podlizać się Muszce bukietem. Po cichu liczył, że ugłaskana Wiedźma poratuje go jakimś grosikiem na wieczorne piwko. Wszedł do Domu i uśmiechnął się najserdeczniej jak umiał. Muszka siedziała akurat przy stole i leniwie przerzucała strony jednej ze swoich magicznych książek. Obok jej prawej ręki parował kubek z ziółkami.
– Cześć Ro – mruknęła. – Co tu robisz, chłopie? Wziąłbyś się wreszcie do jakiejś roboty.
– Kochanie, przyniosłem ci kwiaty. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet. – Roderyk wyciągnął przed siebie flaszkę po piwie. Zreflektował się szybko, schował za plecy butelkę, a wyjął żonkile. Piwo mocno mu weszło i po prostu pomylił ręce.
Muszka uniosła głowę znad książki. Długo patrzyła na kwiaty, a potem niespodziewanie zaniosła się płaczem.
– Ale kochanie… – nieporadnie zaczął Rębajło. – Co się stało?
– Zabiłeś je – oskarżycielsko rzuciła Muszka. Gniewnym gestem zatrzasnęła księgę, aż spomiędzy stron buchnął kurz.
– Co zabiłem? – Roderyk omal nie upuścił żonkili. Rozpaczliwie szukał w głowie osoby, którą miałby ostatnio jakąkolwiek spinę. Poza kilkoma bijatykami w Czarowni, gdzie tylko poobijał mordy, nie przypominał sobie, żeby jakoś szczególnie kogokolwiek wykończył.
– Żonkile, debilu! – warknęła Muszka. – Zabiłeś te wszystkie żonkile!
– Żonkile? Zabiłem żonkile? – Roderyk nie wiedział co powiedzieć. Bezradnie wziął z półki wazon, napełnił go wodą i wstawił do niego kwiaty. – No co ty, kobieto? Przecież to są kwiaty! Kwiaty same więdną!
– Nie wiem. – Muszka ze wstrętem przestawiła wazon ze stołu na parapet. – Ale w wazonie one więdną na smutno. Wesoło więdną w ogródku, rozumiesz?
– Aha – przytaknął Roderyk i zdał sobie sprawę z dwóch oczywistych rzeczy. Że nigdy nie zrozumie i że niestety pójdzie spać trzeźwy.

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: