Dwa kieliszki

Podróże w czasie są fajne.
Tak przynajmniej myślała sobie Muszka, kiedy stała w auli Instytutu Magii i patrzyła na pomarszczoną twarz Grzymisława, maga z którym miała odbyć swą pierwszą międzyczasową przejażdżkę. Myślała, że będzie w tym coś szczególnego, jednak sam początek rytuału srodze ją rozczarował. Grzymisław wyjął spod granatowej szaty w złote gwiazdy piersiówkę i do dwóch literatek hojnie nalał wódki.
– Wódka – powiedział przemądrzale – doskonale chroni przed zgubnym wpływem magicznego promieniowania.
Grzymisław przed zgubnym wpływem magicznego promieniowania chronił się często i gęsto, o czym świadczył jego porowaty, ciemnoczerwony nochal, drżące ręce i nieco chwiejny krok.
Muszka z wahaniem przyjęła od maga literatkę. Powąchała zawartość. Wódka, tak zachwalana przez Grzymisława, była tak naprawdę samogonem, pędzonym zapewne z cukru, kartofli i starych kaloszy. Na to wskazywała woń sącząca się z kieliszka.
– No to żeby nas na stosach nie sfajczyli. – Grzymisław uniósł toast.
– A jak już, to żeby przed sfajczeniem zezwolili na ścięcie – mruknęła Muszka. Toast był toastem międzynarodowym wszystkich czarodziejów i nie dało się go nie znać. Grzymisław strzelił lufę i zamlaskał z rozkoszą. Muszka wlała sobie zawartość kieliszka do gardła. Przełknęła porcję płynnego ognia i energicznie wypuściła powietrze z ust. Księżycówka smakowała jeszcze gorzej niż pachniała. Zupełnie jakby ktoś, kto dawno się nie mył, wymoczył w niej nogi. Mag zabrał wiedźmie kieliszek, obydwa postawił na podłodze sali i wyprostował się.
– No to wio! – zagdakał radośnie. Gwałtownym ruchem uniósł w górę ramiona i rozpoczął inwokację. Z jego palców powoli zaczęły wysuwać się trzeszczące, elektryczne węże. Muszka po raz ostatni rozejrzała się po auli. Przed nią, piętrowym półkolem pięły się ku ostatnim rzędom szeregi foteli. W suficie, wyłożonym ręcznie malowanymi plafonami, łagodnie tliły się lampki.
Moc zaczęła gęstnieć. Zrobiło się ciemno, wszędzie wkoło pełgały tylko elektryczne węże wygenerowane z rąk maga. Muszka zacisnęła powieki, myśląc sobie, że podróżowania w czasie jednak wcale nie jest takie fajne. Żołądek windą podjeżdżał jej do gardła.
Głos Grzymisława szarpał tymczasem przestrzeń i czas. I nagle puknęło. To było takie łagodne puknięcie, z jakim pęka za bardzo napięta folia.
Muszka otworzyła oczy. Strop auli zniknął. Pojawiło się rozsierdzone, rdzawe niebo, po którym z dziwnymi prędkościami mknęły bordowe chmury. W dwoje wędrowców uderzył suchy, gorący wicher, niosący ze sobą moc drobinek piachu. Ściany auli były spękane. Wszędzie na murze widniały wypalone ślady użycia czarnej magii. Reszty Instytutu zwyczajnie nie było. Drzwi wychodzące z auli, zamiast na korytarz, prowadziły na bezkresną, rudą pustynię. Wszystko wyglądało jak po wielkiej, magicznej apokalipsie.
Pod butami Grzymisława i Muszki leżały dwa mętne, oklejone bryłami skamieniałego piachu kieliszki.
– Tyle po nas zostanie. – Grzymisław ze zniecierpliwieniem roztrącił je butem, wyjął z kieszeni szaty piersiówkę i napił się wódki. egestas, ligula nisi pulvinar ligula, eget fringilla nulla arcu eu sapien. Proin vel ante metus.

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: