Dobra matka i prosiak Dżordż

Tak, dobra mame, bo dała swojemu kotku-synu używkę. Wielką, sprasowaną kulę kocimięty, śmierdzącej jak stare skarpety. Jaśniepan odleciał.

W domu trwa walka z myszami. Klapka pułapki żywołapki aż furczy, a ja biegam po ulicy jak wściekła tchórzofretka i wynoszę kolejne ofiary mojej pułapki na żyzne łąki nad Widawą. Mam wrażenie, że wynoszę te ofiary drzwiami, a one wracają przez okna. I tak w kółko i w kółko, od nowa.
Nawet popełniłam o tym dla Państwa komiks:

obiegmyszy © Magdalena Gałęzia

Wczoraj, kiedy do Warszawy wyjeżdżała moja siostra, zauważyłam kota sąsiadów, Krawaciarza, który tańczył nad czymś koło samochodu Krzyśka. Podbiegłam. Krawaciarz oczywiście pastwił się nad kolejną myszą.
– Dawaj to, sadysto! – warknęłam. Krawaciarz chciał chwycić myszę, ale zgubiło go własne okrucieństwo, chciał bowiem, żeby mysz przeżyła do kolejnej porcji sadystycznego pastwienia i chwycił za lekko. Mysz wypadła mu z zębów. Błyskawicznie złapałam ofiarę i uciekłam z nią, a potem wypuściłam daleko za domem. Była żywa, utaplana tylko kocią śliną. Pewnie nie przeżyje (czytałam coś chyba, albo Wy mi pisaliście o bakteriach w kociej ślinie), ale przynajmniej nie będzie umierać w panicznym strachu, podczas wielu godzin spektaklu duszenia, dławienia, gryzienia i innych tortur, które pomysłowy Krawaciarz zwykł ordynować swoim pacjentom. Sam Krawaciarz nie wiedział co się stało i jeszcze długo szukał zguby koło samochodu z bardzo zdziwioną miną. Pewnie szuka do dzisiaj.

Byłam wczoraj na wycieczce w Rudzie Milickiej. Jeśli zaparkuje się w miejscu, gdzie kończy się Ruda Milicka, a zaczyna Stawno i pójdzie przed siebie brukowaną groblą między Stawami Milickimi, a potem skręca cały czas w prawo, można zrobić piękne, około sześciokilometrowe kółko i wrócić do punktu wyjścia. Często jeździmy tam z Krzyśkiem i wałęsamy się, podglądając wodne ptaki. Wczoraj znaleźliśmy zdziczałe drzewko brzoskwini, całe obsypane owockami. Kiedy wzięłam pierwszą brzoskwinkę do ręki i powąchałam, odleciałam lepiej niż Jaśniepan po kocimiętce. Żadne ze sklepowych brzoskwiń nie pachą w ten niesamowity sposób. Od razu przypomniałam sobie moment z dzieciństwa. Miałam wtedy siedem lat i pierwszy raz byłam z Rodzicami w Grecji. Pojechaliśmy tam trabantem. Włóczyłam się po dyszącym z gorąca parkingu i nagle podszedł do mnie stary Grek, który przyjechał na parking kabrioletem i ten Grek, gadając coś po grecku, dał mi brzoskwinię. I ona pachniała właśnie w taki sposób. Potem brzoskwinie straciły swój zapach. Ja dorosłam, a Grecja spłonęła. Świat przestał być takim samym światem.

Ale wtedy byłam bardzo szczęśliwa, kiedy siedziałam w trabancie i jadłam tamtą brzoskwinię.

I dzięki zapachowi owocu z Rudy Milickiej wróciłam do dawnej chwili. Znów byłam opaloną na brąz, chudą siedmiolatką w t-shircie, krótkich spodenkach i czerwonych sandałkach-plastikach (gimby nie znajo butków plastików), która jadła pierwszą w życiu brzoskwinię.

Miłe 🙂

A potem pisałam opowiadanie. Od tego pisania mam już kuleczkowe zwyrodnienia w miejscach, gdzie nadgarstki łączą się w wnętrzem dłoni od opierania nadgarstków na laptopie.

Co mnie jeszcze spotkało ciekawego? Przed rozstaniem z siostrą byłyśmy jeszcze w kinie na filmie „Fatum Elizabeth”. Mam nadzieję, że jest wśród Was, Kochani, ktoś kto oglądał ten film i będzie w stanie mi powiedzieć: czy to był film ambitny, czy pastisz ambitnego filmu? Bo nie za bardzo czaję. Na pewno nie był to horror. Jedyne słowo, które przyszło nam z siostrą do głów, żeby opisać to dzieło, to przymiotnik: „pretensjonalny”.
Wiecie, skojarzył mi się z obrazami sztuki współczesnej, tymi kleksami na płótnach, w których wszyscy na siłę doszukują się sensu. I piękna. Czasem zastanawiam się, kiedy ktoś na takim wspólnym podziwianiu kleksów wstanie i powie: „Król jest nagi”. I wtedy wszyscy zobaczą, że kleksy to kleksy. I że to nie ma sensu. W sensie nie ma sensu płacenie za te kleksy po pół miliona euro. Ale w sumie, jak ktoś te pół bańki ma i lubi oglądać pizzę wyrzyganą na prześcieradło, to czemu nie?

W każdym razie ja „Fatum Elizabeth” nie polecam. I już nawet nie wspomnę, że na końcówce omal nie zasnęłam.

Wczoraj, jadąc do Rudy Milickiej, wdepnęłam na ulicę Działkową w Miliczu, do baru „Pelikan”. To fajne, klimatyczne miejsce z wystrojem jak z PRL’u. Znaczy, ja lubię takie miejsca. Takie, w których zatrzymał się czas. Jedzenie też jest dobre, a ceny naprawdę nie zabijają. Znaczy jeśli oczekujecie kuchni molekularnej to to raczej nie jest lokal dla Was, ale zwykły, glutenowy obiad z laktozą (żarcik, nie zabijajcie) nie powinien Was rozczarować.

Zainstalowałam sobie Gadu Gadu. Pamiętacie? To taki stary jak matka ziemia i ojciec czas komunikator internetowy. To jeszcze żyje, a ja postanowiłam zobaczyć, co na tym słychać. Mój miłozwierzowy numer to 66335479. To dobre dla osób, które mają dość fejsbuka i innych messengerów. Ja postanowiłam spróbować. A co mi szkodzi?

(Po krótkiej przerwie)

Właśnie wróciłam z akcji polegające na serii prób złapania krzyżówki świni ze świnką wietnamską na ulicy Kowalskiej. Bestia była szybsza. Pan Kierowca ze schroniska, z którym rozmawiałam, podążając za ofiarą, próbował złapać tę świnkę już ze cztery razy. Mnie też świnka niestety zwiała. Ostatnia szansa, jak powiedział Pan ze schroniska, to zagonić świnkę do mojego ogrodu na Lechitkowie, zamknąć i potraktować środkiem usypiającym. Problem w tym, że jestem sto razy wolniejsza od tej świnki i nawet kiedy za nią idę, ona trzyma dystans. A do setki rozpędza się w pięć sekund. Ja niestety nie.

(Znów po przerwie)

Już miałam zrezygnować z pogoni za świnką, kiedy zobaczyłam ją, spacerującą po Lechitkowie na podobieństwo łosia z filmu „Przystanek Alaska”. Krzysiek zagrodził jej drogę samochodem, a ja, wabiąc buraczkiem, wprowadziłam do naszego ogrodu. Zamknęliśmy bramę. Daliśmy śwince świeżą wodę, jabłka, buraczki i trochę psiej karmy, a potem zostawiliśmy w ogrodzie. Ze schroniskiem było tak, że okazało się, że jeden Pan kończy akurat zmianę, drugi zaczyna, że trzeba będzie pojechać po kolegę i dużą klatkę i sprawa może potrwać (nie wiadomo ile). No to zostawiłam świnię w ogródku i pojechaliśmy załatwić jedną sprawę w mieście. Kiedy wróciliśmy, pod naszą bramą stała już Pani w dużej beemce i pytała, czy mamy jej świnkę. Powiedziałam, że tak i że fajnie, że przyjechała, bo się martwiłam, co będzie ze świnką, a tu się okazało, że świnki ani śladu. Przeszukałyśmy z Panią cały ogród. Potem podjechał Jej mąż, w drugiej beemce i powiedział, wrzeszcząc, że już Dżordża (bo tak na imię miał prosiak) zabrał do domu. Gdyby nie chodziło o dobro zwierzaka, oskarżyłabym tego dziwnego Pana o włamanie i kradzież z mojej posesji nie wiadomo czyjej świni, ale z tego wszystkiego stwierdziłam, że lepiej, że Dżordż po prostu wrócił do domu. Że jest bezpieczny. I że dobro Dżordża jest na pierwszym miejscu. Ja też włamałabym się po Jaśniepana i Lósię, gdyby zaszła taka potrzeba. Dlatego odpuściłam.

I taki to był dzień, a dobrze się jeszcze nie skończył.

Wszystkiego dobrego, Kochani.
Miłozwierz przesyła baranki :3
Chrum!

Mój Patronite:https://patronite.pl/milozwierz 

narkotyki © Magdalena Gałęzia

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: