Burza, paralotniarz i japoński wachlarzyk

No i wczorajszy dzień w plecy. Znaczy w kwestii internetowej w plecy, bo na Psim Polu wysiadł przekaźnik i my zostali bez internetów. Pisałam opowiadanie. Mam nadzieję wreszcie je skończyć i podrzucić Wam do poczytania.

Japoński wachlarzyk dostałam od Rodziców, którzy w wolnych chwilach zajmują się podróżowaniem. Tym razem wypodróżowali do Japonii. Przywieźli mi kotki Maneki Neko na szczęście, butelkę sake, butelkę wina ze śliwek, zestaw do jedzenia pałeczkami, zestaw do kaligrafii i właśnie prześliczny wachlarzyk. Na upały okazał się jak znalazł. Wachlowałam nim Jaśniepana. Jaśniepanu bardzo się to wachlowanie podobało i niecierpliwie domagał się więcej. I więcej. I więcej. Wachlowałam, dokąd nie uschła mi ręka. Ledwo zdołałam tą nadwiędniętą ręką popełnić dla Was komiks.

W sobotę mieliśmy jechać do Chatki Bimbrowników, ale zbierała się burza i wahałam się, czy zostawiać dom i koty. Zawsze kiedy idzie burza przypomina mi się historia znajomych moich Rodziców. Pewnego dnia w ich dom uderzył piorun. Nie dość, że popalił wszystkie urządzenia podłączone do sieci (włączone i wyłączone, a także te pozostawione w okolicy gniazdek – sic!), to jeszcze iskry bluznęły z kontaktów i osmaliły ściany. Tylko cudem nic się nie zapaliło na stałe, w sensie nie spalił się dom.

Mojej Babci do domu wpadł piorun kulisty (przez komin) i eksplodował nad dziecięcym łóżeczkiem. I znów: wyłącznie cud sprawił, że nikomu nic się nie stało.

Wiecie, bardzo lubię burze, ale niekoniecznie we własnym domu. To znaczy nie lubię, kiedy burza wchodzi do środka i zaczyna się bezzasadnie panoszyć. W końcu, ponieważ burza stwierdziła, że pójdzie południową stroną Wrocławia, zdecydowałam się jechać. I jechaliśmy sobie drogą S8 i nagle Krzysiek mówi:
– Patrz, a ty się bałaś dom zostawić.
Ja patrzę, a tam, na tle ogromnego, wkurzonego burzowego kowadła sunie sobie… paralotniarz. Jak gdyby nigdy nic. Zupełnie obojętny na miniaturowy koniec świata szalejący mu za plecami.
I wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy to ja jestem paranoiczką, czy paralotniarz jest kompletnie szalony.

Potem, pod Chatką Bimbrowników spotkaliśmy naszych zajebistych tamtejszych sąsiadów, Paulinę i Grześka, którzy zaprosili nas na piwko. Piwko skończyło się bladym świtem. Powiem szczerze, trochę poniósł nas melanż, a niestety człowiek już jest w takim wieku, że o dziesiątej wieczorem, zamiast właśnie wychodzić z domu to do tego domu wraca i kładzie się spać. A tu impra do rana. Cały następny dzień, zamiast łazić po górach, leżałam więc na werandzie Chaty Bimbrowników i starałam się umrzeć siłą umysłu. Nie wyszło. Potem jakoś mi przeszło, ale powiem Wam, imprezka przednia. Tylko drugi dzień jakiś taki kiepski 😀 😀 😀 Uważam jednak, że było warto. Z nikim nie melanżuje się tak rewelacyjnie jak z Paulą i Grzesiem. Była jeszcze Agnieszka zaangażowana w pomoc Berneńskim Psom Pasterskim. Opowiadała mi dużo ciekawych historii o psach, które przewinęły się przez Jej ręce.

No a wczoraj kisiłam się w domu bez netu i bez perspektyw.

Od naszych lechickich sąsiadów, Anety i Daniela bardzo kompulsywnie kupiliśmy z Krzysiem 15 kg pomidorów, które w sposób bardzo eko uprawia mama Anety. No i teraz wiecie, żremy te pomidory na okrągło. Na śniadanie pomidory, na obiad zupa pomidorowa, na drugie sałatka z pomidorów, a w międzyczasie do popijania koktajl. Zgadniecie jaki? No właśnie. Pomidorowy. Z drugiej strony koktajl z pomidorów, ząbka czosnku i limonki z lodem to jedna z najbardziej orzeźwiających rzeczy pod słońcem. Tym bardziej, że słońce tego lata jest bardzo niełaskawe.
Jeśli macie jakieś zajebiste, niesztampowe, proste i nie zajmujące czasu pomysły na żarcie z pomidorów, piszcie. Chętnie przetestuję.

Wczoraj wieczorem byłam z Gosią i Krzyśkiem na rowerkach wodnych. Na Przystani Zwierzynieckiej, koło ZOO wrocławskiego można wypożyczyć taki rowerek (dwuosobowego łabędzia albo kaczkę za 30 zł za godzinę, czteroosobowe autko za 40 zł za godzinę) i poszlajać się po Starej Odrze. No i zrobiliśmy zrzutkę i szlajaliśmy się po tej Odrze. Było fajnie. Uwielbiam zapach rozgrzanej, butwiejącej wody i wodorostów, więc mnie było tym fajniej. W ogóle świetna sprawa, te rowerki. Gośka namawia mię na kajaki. Od zawsze mam z tym pływadłem naturalne odium, ale może wreszcie się skuszę i będę kajakarzę. Dziwne, nie bałam się pływać na wzdętym, chińskim pontonie, a lękam się kajaków. I nie o to chodzi, że nie potrafię pływać. Kiedy trzeba, pływam wybitnie, ale coś mię w tych kajakach ze wszech miar niepokoi. No nic, zawsze uważałam, że trzeba walczyć ze swoimi słabościami. Następnym razem będę więc walczyć z kajakami 😀 Taki mały, kajakowy don Kichocik 😀 Jak zobaczycie sunące po Starej Odrze pływadełko z rozpaczliwie wrzeszczącym człowiekiem, to będę to ja.

Większość nocy znowu pisałam opowiadanie. Mam tyle pomysłów, a tak mało czasu… Ledwo siadam do pisania, robi się noc. A potem następny dzień. Znów piszę, ale dnia jest za mało. A jeszcze przydałoby się porysować dla Was. I coś przeżyć, żeby mieć o czym pisać. Kiedy siedzi się i tworzy, ciężko napisać o tym coś interesującego. Bo co może być interesującego w człowieku, który siedzi całe godziny, zapatrzony w kompa i klepie w klawiaturę z domyślnym wyrazem twarzy? Nikt z boku nie wie, co dzieje się w głowie pisarki. A ja mam tam wszechświat. Ciężko mi więc pisać coś ciekawego o pisaniu, bo to tylko pisanie. Najwięcej dzieje się w środku, w mojej głowie. A jakbym napisała, co się tam dzieje, to byłby spoiler.

Wszystkiego chłodnego, Kochani.
Miłozwierz przesyła baranki :3
Mój Patronite: https://patronite.pl/milozwierz

faraon © Magdalena Gałęzia

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: