Bunia

Bunia żyła prawie sto lat i nikt tak naprawdę nie wierzył, że Bunia kiedykolwiek umrze. Znaczy ze względu na spore mieszkanie będące w posiadaniu wspomnianej, cała rodzina miała ku temu cichą nadzieję, ale głośno nikt nigdy niczego nie powiedział. No może poza Alojzym, mężem wnuczki Buni, który usłyszawszy na pewnym weselu, że Bunia ma na imię Nadzieja, wysyczał, że niestety nadzieja zawsze umiera ostatnia. Nikt nie podłapał żartu. Ot, Bunia zawsze była i nikomu nie mieściło się w głowie, żeby Buni zabrakło, pomimo, że na co dzień nikt się Bunią za specjalnie nie interesował. Ot, żyła sobie jak żyła, spała z kotem, dreptała na zakupy i odwiedzała lub gościła sąsiadki.
Aż pewnego dnia umarło się Buni.
Wtedy wszyscy sobie o Buni gwałtownie przypomnieli, a to z racji wspomnianego powyżej, siedemdziesięciometrowego mieszkania w kamienicy na Prawoślazowej. Sęk w tym, że zaradna Bunia zostawiła po sobie testament i to dosyć surowy.
Postępowanie spadkowe przeprowadzono szybko, mieszkanie uprzątnięto, wyremontowano i rok po śmierci seniorki w pachnące świeżą farbą progi wprowadziła się dumna spadkobierczyni, najstarsza wnuczka Buni: Lula Szafrańska, jej mąż: wspomniany Alojzy i dwójka synków: sześcioletni Marceli i rok straszy Frost. Znaczy Fryderyk, ale z jakichś powodów wszyscy od zawsze nazywali go Frostem.
– Trzeba dziewuchy zaprosić i balety zrobić. – Lula, ubrana w kusą, różową spódniczkę przechadzała się po odnowionych pokojach i robiła sobie selfie za selfie. Wszystkie kolejne zdjęcia wrzucała na portale społecznościowe i cieszyła się jawną zazdrością koleżanek. Polubień przybywało, a popularność profilu Luli szybowała jak ludzka głupota, gdyby potrafiła latać. Obcasy szpilek stukały po nowych panelach, między ścianami błąkało się echo.
– Zdejmij te buty, głupia, podłogę porysujesz – warknął Alojzy. – Mówiłem, że trzeba chodniki założyć. Ze starego mieszkania przywieźć.
– Ale to dopiero po baletach – zachichotała Lula, ułożyła usta w dzióbek i zrobiła sobie kolejną samojebkę. – Nie chcę, żeby ludzie widzieli, że mamy stare dywany. To obciach.
– Gdzie są moje samochody? – Marceli bezradnie grzebał po ostatnich kartonowych pudłach. – Nie mogę znaleźć.
– Gówniarzu! Nie grzeb, bo coś zbijesz! – Alojzy odciągnął syna od pakunków.
– Chcę moje resoraki! – wrzeszczał chłopiec.
– Są w pudle w twoim pokoju! – wrzasnęła Lula, która akurat fotografowała się w kuchni. – Weź sobie!
– To mieszkanie jest straszne. – Blady jak ściana w salonie Frost stał na progu swojego pokoju. Jeszcze dwie godziny temu był bardzo zadowolony z przeprowadzki. Poprzednio wynajmowali trzypokojowe mieszkanie w bloku z wielkiej płyty. Jeden pokój zajmowali rodzice, drugi, specjalnie urządzony, służył do przyjmowania gości i nie wolno było do niego wchodzić, w trzecim, najmniejszym, gnieździli się chłopcy. Teraz Frost miał obiecany osobny pokój. Mimo tego wcale nie był szczęśliwy. Wolałby wrócić do bezpiecznego, sprawdzonego bloku.
– Oj, nie opowiadaj – zbeształa go Lula. – Co tu strasznego?
– Gówno! Gnojek się durnych filmów naoglądał. Mówiłam, żebyś mu nie pozwalała patrzeć. – Alojzy z rozmachem padł na nową kanapę i wyciągnął przed siebie nogi. Władczym ruchem ręki sięgnął po pilota i włączył płaski telewizor. – No, won do pokoju, mały szczochu. Sprzątaj, czy coś. Żona, dałabyś piwo. Swoim trza się nacieszyć.
Lula przyniosła z kartonu postawionego w kuchni czteropak taniego piwa. Alojzy chciwie przedarł plastikowe opakowanie i z głośnym pstryknięciem otworzył puszkę. Przyssał się do niej łapczywie i opróżnił prawie na raz. Beknął głośno.
– No, to mamy luksus – zarechotał, ocierając brodę nadgarstkiem. – Taki na jaki my zasłużyli. Jakby się stara nie mogła wcześniej zawinąć. Tyle hajsu poszło w wynajmy, że szok, ale, he he, nadzieja wreszcie umarła.
– Tu coś jest, mamo – powiedział Frost, chociaż sam nie wiedział, co dokładnie ma na myśli. – Ona jest zła.
– Zamkniesz się, gówniaku? Marsz do pokoju, bo dostaniesz! – warknął Alojzy.
– Pomóż bratu wypakować resoraki. – Lula próbowała jeszcze załagodzić atmosferę.
– Ona się złości – wyszeptał Frost. – Ona już nie chce, żebyśmy tu mieszkali.
Pierwszej nocy w mieszkaniu Buni zatrzymał się wszystkie zegary. Dokładnie na wpół do czwartej rano.
– Cholerny zbieg okoliczności – wyśmiał sprawę Alojzy. – Żona, powinnaś napisać o tym do gazety. Może wygralibyśmy z pięć dyszek. Piechotą nie chodzi.
Drugiej nocy ze ścian pospadały wszystkie kupione przez Lulę obrazki. Lula lubiła kwiaty, więc wszystkie, kupione w markecie wnętrzarskim zdjęcia w ramkach przedstawiały właśnie je. I teraz one wszystkie leżały smętnie na podłodze w oceanie szklanych drzazg. Do tego płaski telewizor Alojzego pękł na pół.
Trzeciej nocy Marceli zobaczył, jak ktoś wychodzi z jego szafy. Narobił wrzasku i zasikał pół nowego łóżka. Alojzy, i tak poddenerwowany, dostał szału i sprawił mu lanie.
– To nie moja wina. – Frost siedział na swoim łóżku, trząsł się ze strachu i patrzył w ciemny kąt pokoju, gdzie elektrycznym blaskiem jarzyły się ślepia. – Przepraszam. Nic nie mogłem na to poradzić. Wiem, że jesteś zła, ale nic nie mogłem zrobić.
Alojzy jakoś tak przestał wspominać o zbiegach okoliczności.
Czwartej nocy rozpętała się regularna, paranormalna napierdalanka: całe mieszkanie wibrowało od stukotów, drobne przedmioty leciały z półek, popękały żyrandole. Lula biegała po mieszkaniu i wrzeszczała, starając się ocalić co cenniejsze przedmioty. Alojzy ryczał, co się kurwa, dzieje. Marceli zanosił się płaczem, leżąc pod łóżkiem u boku Frosta. Frost przyciskał pięści do uszu i starał się przeżyć. Rano wszystko ustało.
– Co się tu, kurwa, dzieje? Wzięliśmy na to kredyt, do kurwy nędzy! – wrzeszczał Alojzy miotając się po zrujnowanym mieszkaniu – Twoja cholerna babka nigdy nie mówiła, że ma ducha w mieszkaniu. Co za, kurwa, powalona starucha!
– Nie miała tu nigdy żadnego ducha – jęczała na wpół żywa Lula. – Mieszkałam w tym mieszkaniu z mamą, zanim ona i ojczym się pobrali i nigdy niczego nie słyszałam. Ale wstyd, muszę odwołać balety. Przecież nie zaproszę dziewuch do czegoś takiego! To jest ruina.
– Chcę się wyprowadzić! – płakał Marceli. – Ta pani jest zła.
– Ja wiem. Jest zła na nas – szeptał Frost posiniałymi wargami. – Nie dotrzymaliśmy obietnicy. Mama obiecała i nie dotrzymała umowy.
– Zamknij się! Mam nadzieję, że to nie twoja robota, gówniarzu, bo ci dupę wygarbuję tak, że przez rok nie usiądziesz! – wrzasnął Alojzy. Wstyd było się przyznać, ale czasami miał dość swoich synów. Momentami przeklinał dni, w których się urodzili. Zabrali mu wolność, zabawę i chętne panienki. Rodzina jest fajna, mówiła Lula. Alojzy nawet przez chwilę jej wierzył. Szczególnie w tej chwili, kiedy posuwał ją na tylnym siedzeniu wypasionej bryki swojego kumpla. To była jego ostatnia chętna panienka. Od razu zaszła w ciążę i musieli się pobrać.
– Nie krzycz na niego, Al! – wrzasnęła Lula piskliwie. Ona z kolei miała czasem dość całej swojej rodziny i równie żarliwie przeklinała moment w którym pozwoliła rychliwemu, podmiejskiemu cwaniaczkowi namówić się na randkę w super bryce. Jeszcze bardziej przeklinała chwilę, kiedy zdecydowała się na spontaniczną miłość. Sęk w tym, że seks wyszedł kiepski (bo krótki) bryka okazała się pożyczona, a cwaniaczek był po prostu biedny i lewy do pracy. Lula dowiedziała się o tym, kiedy zapłakana, pojechała do domu Alojzego, powiedzieć mu, że zaciążyła. Otworzył jej, ubrany w obrzydliwy dres i laczki. Okazało się, że mieszka kątem u zapijaczonej mamy, w ciasnym, ciemnym pokoju śmierdzącym spermą i brudnymi skarpetkami. Tuż przed ślubem Lula płaczem i groźbami zmusiła go do podjęcia pracy w budowlance. Dzięki temu wynajęli mieszkanie i mogli się wyprowadzić.
Przez długi czas pomagali rodzice Luli. Czasem dorzucała coś zniesmaczona Bunia. Młodzi powoli zaczynali się urządzać. Po drodze Lula znalazła pracę w supermarkecie i urodziła drugiego chłopca. Mieszkanie po Buni było spełnieniem ich marzeń.
A teraz to mieszkanie tak jakby ich nie chciało.
Piątego dnia wysiadła elektryczność, a w całym mieszkaniu rozniósł się trudny do zdefiniowania smród.
– Dość tego, Frost! – Alojzy wyciągnął ze szlufek spodni pas.
– To nie ja, przysięgam! – Usta chłopca wykrzywiły się w podkówkę. – Przysięgam. To ta pani.
– Nie kłam, gówniarzu!
– To naprawdę ta pani!
– Nie bij go, cymbale! Trzeba tu kogoś wezwać. Jakiegoś księdza, czy coś. – Lula trzymała w roztrzęsionych dłoniach książkę telefoniczną i wertowała ją bez ładu i składu. – Niech weźmie i wyczyści ten dom.
– Na Mesjasza, trzymajcie mnie! A stać cię na to, głupia krowo? – wrzeszczał Alojzy. – Masz pieniądze? Masz jakieś, kurwa, pieniądze?
Marceli siedział w kącie, kiwał się i ssał kciuk.
– Wezmę kredyt.
– Co ty pierdolisz, kobieto? Następny, kurwa, kredyt? – Alojzy zrobił się purpurowy. – Ty oprzytomniej! Płacimy już samochód, trzy, kurwa, pożyczki za wakacje i święta, meble, telewizor i chuj wie, co jeszcze. I ty chcesz brać jeszcze jedną pożyczkę? Kto ci ją da, kobieto? Lichwiarze?
– Chwilówkę wezmę. Kama ma znajomą, co daje chwilówki. Załatwi – Lula skrzywiła pokryte makijażem permanentnym usta, jej dłonie ciągle wertowały książkę. – A Wiolka zna jedną babkę z banku. Może klepnie jakiś mały kredyt, jak jej się odpali działkę. Załatwię. Jakoś załatwię.
– Jak nie spłacisz, komornik ukradnie nam mieszkanie, rozumiesz kretynko? Będziesz miała po mieszkaniu!
– Takie mieszkanie i tak jest gówno warte, Al!
– Przestań biadolić, głupia babo! By się sprzedało jakimś frajerom i nic by się nie powiedziało. By wzięli z pocałowaniem ręki, a my by kupili inne, co nie? – Alojzy bezładnie rozłożył ramiona. – Najwyżej trochę mniejsze.
– Głupi jesteś, Al? Jak sprzedamy teraz, dołożą nam podatek, nie? Ta pizda, notariuszka, mówiła, co nie? Mamy trzymać mieszkanie pięć lat. Pięć lat, Al. Trudno. Jakoś się spłaci. O, mam. Ty, to chyba firma jest. Nazywa się Ruga Luno. Co to, kurwa, znaczy? Rozpoznawanie i likwidacja zjawisk paranormalnych. To chyba jest paranormalne, co my u nas mamy, nie? Wezmę z ciekawości zadzwonię.
– Jakieś szarlatany – parsknął Alojzy, ale potulnie usiadł na kanapie. – Nie możesz w niedzielę iść, księdzu dać? Mszę jaką załatwić, czy coś?
– Przestań, Al. Ksiądz zedrze. Kama chciała sobie domek poświęcić, żeby na wiosce widzieli, że oni wierzący, to jej gruby świniak dwa tysiące plus stówę za dojazd zaśpiewał. Za machnięcie kropidłem, czujesz? Mszy to ja nie chcę. Ludzie będą gadali potem i jakby co, nikt nie kupi mieszkania z duchem. Jak się rozejdzie, to będzie, że przeklęte.
– No racja – z niechęcią przyznał Alojzy.
Lula wyjęła z kieszeni rurek biodrówek ozdobionych cekinami biały telefon komórkowy i wybrała numer.
– Halo? Halo, jest tam kto? Ja się dodzwoniłam do firmy? Ruga coś tam? No, dobrze. Chciałabym żeby mi dom zobaczyć. Tak. No. No, dziwne hałasy. Meble się ruszają. Obrazki mi spadły. Tylko ja bym się chciała najpierw dowiedzieć ile to będzie kosztowało, nie? Dwa tysiące? Ale z dojazdem, czy bez? Aha. No, tylko ja nie wiem, czy to w ogóle takie zjawisko jest. Takie paranormalne, nie? To ja się jeszcze zastanowię i jak coś to ja dam znać.
– Kurwa, frajerka chce dwa koła za jakieś, kurwa, czary–mary! – rozwrzeszczała się Lula, ledwo wyłączyła telefon. – Dwa koła! Popierdoliło ją?
– No i masz to swoje dzwonienie. Jeszcze ci z karty hajs poszedł – z satysfakcją powiedział Alojzy. – Mówiłem, zostaw to. Może samo przejdzie.
Nie przeszło. Tydzień później załamana i niewyspana Lula sama zadzwoniła do Ruga Luno. Na szczęście „Powideł & Syn”, firma udzielająca pożyczek, w której znajomości miała Kamila, przyjaciółka Wiolki, przyjaciółki Luli, przyznała jej pożyczkę, co prawda na niemal lichwiarski procent, ale za to od ręki. I Lula dostała swoje trzy tysiące lechów. Tysiąc postanowiła przeznaczyć na ubrania. Uważała, że „w czym cię widzą, tak cię piszą” i zawsze bardzo dbała o to, żeby mieć markowe ciuchy. Nawet kosztem jedzenia. Wybrała się więc na zakupy do galerii handlowej, tanio zrobiła włosy i paznokcie w zakładzie Dżesiki, kuzynki koleżanki Wiolki i wróciła do domu oczekiwać na przyjazd łapiducha.
W sumie nie wiedziała na co się szykować. Intuicja podpowiadała jej, że powinna spodziewać się wysokiej, pięknej, silnej kobiety–wojowniczki jak z komiksu. Lula widziała kiedyś jeden komiks. Z drugiej strony wyobrażała sobie pomarszczoną czarownicę z haczykowatym nosem, w powłóczystej białej sukni. Albo śmierdzącą starymi szczochami dziwaczkę z sową, szklaną kulą i co najmniej dwoma czarnymi kotami.
Izabela Erlt, przedstawicielka Ruga Luno, serdecznie ją rozczarowała. Była niedużym, rosochatym grubasem, zasapanym marszem na drugie piętro bez windy. Miała na sobie niesamowicie obcisłe dżinsy rurki zsuwające się z tyłka, luźną, bawełnianą koszulkę z dużym dekoltem i skórzaną, o numer za ciasną kurtkę, a na stopach buty wsuwaki zapinane na duży rzep. W pulchnej ręce trzymała wyłącznie skórzany neseser. Weszła do mieszkania Luli, niepewnie podciągając dżinsy zsuwające się po sadle i rozejrzała się. Pociągnęła nosem.
– Dużo tu niezadowolenia – powiedziała. Wyjęła z nesesera czujnik wyglądający jak pilot do autka na antenkę i włączyła go. Rozległo się zaniepokojone skrzeczenie. – Pole elektromagnetyczne jest mocno zaburzone.
– Zajebiście. Jak dała radę to zauważyć? Fajne podsumowanie za dwa klocki – złośliwie zachichotał Alojzy i wyszedł z mieszkania Buni, ciągnąc za sobą ogon zapachu perfum. Nie przyznał się żonie, ale te perfumy też były na raty. Podobnie jak wszystkie ciuchy, które miał na sobie Al. Do tej pory nie powiedział żonie, że wcale nie zarabia tak dobrze, jak mówił, kiedy zaczynał robotę w budowlance. Nie chciał, żeby widziała w nim nieudacznika i rozgadała znajomym. Nie wspomniał też, że ma gdzieś tak pięćdziesiąt tysięcy zaległości na koncie i że wściekli wierzyciele coraz częściej wspominali coś o komorniku. Starał się o tym nie myśleć i miał nadzieję, że jakoś się to samo zamiecie pod dywan.
Pani łapiduch wyłączyła czujnik pola EMF i schowała go troskliwie do nesesera. W tym momencie zadzwonił jej telefon. Tytułowa piosenka z „Okrętu Namiętności”. Trochę obciach.
– Przepraszam – powiedziała, chrząknęła i odebrała. – Cześć, mamo. Tak, jestem w pracy. Dobrze, mamo, będę uważać. Dobrze. Nie, mamo. Tak, mamo, zadzwonię, kiedy skończę. No, też was kocham. No, pa.
Ledwo rozłączyła się, telefon zadzwonił znowu. Izabela Erlt tym razem zaczerwieniła się lekko.
– Przepraszam – powtórzyła i odebrała. – Cześć szefie. Tak, jestem na robocie, na Prawoślazowej we Wronigrodzie. Nie, to raczej nie demon. Pole jest trwale zakłócone. Podejrzewam ducha, ale jeszcze nie zebrałam wywiadu. Zbiorę i spróbuję rytuału identyfikacyjnego. Wezwę go i spróbuję dowiedzieć się, o co mu chodzi. No, jak jesteś po drodze, możesz zajrzeć, ale pewnie do wieczora to ja już skończę. Robótka nie wygląda na trudną. No, do zobaczenia. Pa, szefie. Przepraszam. – Iza rozłączyła się i schowała telefon do nesesera. – Śmierdziało siarką?
– Co? – szczeknęła Lula.
– Pytam, czy w mieszkaniu śmierdziało ostatnio siarką? Albo zgniłymi jajkami?
– Nie. Czymś tam śmierdziało, ale nie jajkami.
– Zatrzymywały się zegary?
– Tak.
– Na której godzinie? – Iza wyjęła z nesesera podkładkę z papierami i zaczęła je wypełniać.
– Nie pamiętam. Nie wiem. Czy to ważne?
– Okaże się. Czy prześladowana jest jedna osoba, czy wszystkie naraz?
– Całe mieszkanie – jęknęła Lula. – Wczoraj wyleciało wszystko z piekarnika, a indukcja pękła na trzy części. Mesjaszu, daliśmy prawie tysiaka za tę płytę. I to z pożyczki. Trzeba spłacić. Nie mamy na nową płytę.
– Są kuchenki elektryczne – chłodno powiedziała Iza, notując w papierach. – Można tanio kupić używaną. Czy ktoś z pani rodziny podpadł ostatnio komuś, kto potem zmarł?
– Nie. – Lula przewróciła oczami. Pani łapiduch obrzuciła ją bardzo czujnym spojrzeniem.
– To ważne – powiedziała cicho. – Czy ktoś skrzywdził kogoś, kto później umarł?
– Nie! A skąd! Da radę się tego pozbyć? – z grymasem odrazy na twarzy zapytała Lula.
– Pewnie tak. Prawie wszystkie zjawiska można w jakiś sposób zneutralizować. – Izabela Erlt położyła neseser pod ścianą. Zdjęła kurtkę i rzuciła ją na walizkę. Zostawiła rzeczy w przedpokoju i szła przez mieszkanie, rozglądając się. Miała lekko zaczerwienioną skórę kogoś, kto nie gardzi alkoholem i nie stosowała makijażu. Pod jej pachami widniały wilgotne plamy potu. Biodrówki zsunęły się, ukazując fałdy tłuszczu. Lula pomyślała sobie, że to żenujące i w skrytości ducha zastanawiała się, jak ktoś tak zaniedbany może w ogóle pokazywać się wśród ludzi. Nie wyobrażała sobie, jak będąc takim świniakiem, można uprawiać seks. Pewnie wcale. Lula zawsze o siebie dbała. Ludzie mieli widzieć w niej pewną siebie, oszałamiającą kobietę sukcesu. Musiała być trendy i bardzo dbała, żeby każdy kawałek jej ciała był czymś ulepszony.
– Ile temu to się w ogóle zaczęło? – zapytała łowczyni duchów, z uwagą oglądając popękane ściany. Tak naprawdę jej uwaga skupiała się na Luli Szafrańskiej. Iza nie lubiła kobiet tego typu, w sensie traciła przy takich cały rezon i popadała w kompleksy. Drażnił ją cukierkowy zapach Luli, trochę śmieszyły cekiny, diamenciki, poprzepalane blond włosy i mocno marchewkowa opalenizna. Wkurzał nacechowany sztuczną pewnością siebie, roszczeniowy ton głosu. To nie zmieniało jednak faktu, że w mieszkaniu na Prawoślazowej coś było. Coś, co łypało wrogo na mieszkańców i potężnie zakłócało pole elektromagnetyczne.
– Kiedy się wprowadziliśmy. Prawie dwa tygodnie temu.
– Czy wcześniej mieli państwo jakieś paranormalne przygody?
– Nigdy! To się zaczęło tutaj. Tylko tutaj!
– Kto tu wcześniej mieszkał?
– Bunia. Znaczy, moja babka. – Lula wydęła usta. – Umarła jakiś czas temu.
– W tym mieszkaniu?
– Ej, niemożliwe, żeby straszyła nas moja babka! Bunia była spoko, co nie? – Lula zachichotała, trzepocząc rzęsami pokrytymi grudkami tuszu. – Była łagodna i milutka. Jak babcie z reklam. Te od lodów i szarlotek. Dokładnie taka była Bunia.
– Umarła tutaj? – powtórzyła Iza, modląc się, żeby to spotkanie dobiegło wreszcie końca. Miała już ochotę na duże, zimne piwo. Gdyby nie była zakompleksiona, miałaby też ochotę na seks ze swoim młodym szefem, ale postanowiła odpuścić. Mnóstwo razy próbowała przekonać się do spontanicznego, trzeźwego seksu (szef generalnie nie miałby nic przeciwko), ale summa summarum zawsze wygrywało piwo. Seks był czasami potem, jak Iza wprawiała się w taki stan, że nie za bardzo czaiła, co to są kompleksy i zapominała że kilka lat wstecz przysięgła sobie nie tykać swojego szefa nawet kijem od miotły. Piwo było świetnym środkiem znieczulającym dla zszarganego poczucia własnej wartości. Łagodziło też pieczenie ran wywołanych rozczarowaniami i usypiało wspomnienia.
– Przewróciła się tutaj. Umarła w szpitalu. Sąsiadka wezwała pogotowie – powiedziała Lula.
– Była z nią pani do końca?
– A skąd – żachnęła się Lula. – Matka zadzwoniła, że Bunia nie żyje. Byliśmy na pogrzebie. Znaczy ja byłam. Al nie miał czasu. Dzieci nie chciałam narażać.
– Na co narażać? – Iza uniosła brwi.
– Na stres i kontakt z trumną. Chłopcy są bardzo wrażliwi.
– Poświęcała pani czas babci? Byłyście zżyte?
– Oczywiście. Widywałyśmy się w święta. Czasem do siebie dzwoniłyśmy. Wiesz pani, każda z nas miała swoje życie. Nie wiem, co to za pytania. Bunia nie zrobiłaby nam takiego cyrku.
– Nieprawda. – Zza rogu mieszkania wyjrzał mały chłopiec. – Chodzi tu. Jest na nas zła.
– Marsz do pokoju, Frost! – wrzasnęła Lula.
– Niech mi pani da chwilkę. Frost? Wiesz może, na co jest zła? – Iza ze stęknięciem kucnęła przed chłopcem. Po raz bilionowy w życiu pomyślała, że przydałoby się jej schudnąć. Otyłość czasami utrudniała najprostsze, życiowe czynności. Niestety Iza im mocniej się odchudzała, tym bardziej tyła i nic nie szło z tym zrobić.
– Na nas.
– I naprawdę wyglądała jak Bunia? – Iza uważnie patrzyła w niebieskie oczy chłopca. Mimo młodego wieku, dzieciak nosił na szyi złoty krzyżyk, a włosy miał modnie podgolone. Ludzie jakoś to robią, pomyślała Iza, że mają pieniądze. Widać to po nich. Pewnie prowadzą ogromne firmy, zatrudniają ludzi, inwestują, nie bawią się w błaznowanie i pogoń za duchami.
– Tak. Nie. Trochę jak Bunia, ale była za młoda na Bunię. Taka chuda. Bunia nie była taka chuda. Biała. W sukience. Miała długie, czarne włosy. Bunia miała białe. I była stara. Ta pani nie była stara. – Chłopiec opisał typową, kobiecą zjawę. Dziwne, ale nawet osoby, które zmarły jako stare, manifestowały się w tym okresie życia, kiedy wyglądały najlepiej. W sumie ta zjawa mogła być wszystkim. Od zbłąkanej duszyczki babuni po manifestację potężnego demona. Z drugiej strony demon już dawno próbowałby skrzywdzić kogoś z rodziny. Ten duch nie próbował. Przedstawiał tylko swoje niezadowolenie albo rozczarowanie, ale dla mieszkańców domu był bardzo łagodny. Iza widziała już dużo i prawdę mówiąc na bank wykluczyła demona. Rozważała poltergeista, ale skoro siła manifestowała się w obrazie kobiety, musiało chodzić o rozczarowanie, złość, stary żal, złamane obietnice. Obietnice złamane przez tę rodzinę. Nic dziwnego. Iza patrzyła na Lulę i nie czuła do niej nawet cienia sympatii. Kiedyś kobiety takie jak ona: śmiałe, wrzaskliwe i roszczeniowe, przytłaczały ją i doprowadzały do paniki graniczącej z chęcią ucieczki. Teraz, po latach pracy z ludźmi w tej branży, Iza po prostu ich nie lubiła. Traciła przy nich rezon. Była jak balon, z którego ktoś spuścił powietrze. Znaczy ciągle była jak balon. Wielka, gruba, tyle, że bez powietrza.
– To mogła być Bunia? – Iza postarała uśmiechnąć się ciepło. Zawsze ciężko szedł jej kontakt z dziećmi, tym bardziej, że sama była bezdzietna.
– Tak – powiedział chłopiec. – Pachniała jak kiedyś Bunia. Dawno temu. Zanim zaczęła śmierdzieć sikami. Potem Bunia śmierdziała. Mama tak mówiła i nie zabierała nas do Buni.
– Przestań gadać bzdury, gówniarzu jeden – wtrąciła Lula. – Marsz do pokoju! Mówiłam, raz był w domu dziwny zapach.
– Co? Siarka? Zgniłe jajka? – powtórzyła Iza zmęczonym głosem.
– Nie. Nie wiem co. Może mąż puścił bąka. Oj nie wiem, naprawdę – zniecierpliwiła się Lula. – Da się coś z tym zrobić? Na siedemnastą kumpela ma mi robić doczepy. Skończymy to wcześniej, prawda?
– Zobaczymy. Proszę mi wierzyć, ja też wolałabym mieć to za sobą. Lepiej, żeby pani zabrała dzieci i wyszła z mieszkania.
– No chyba sobie pani jaja robi! – nadęła się Lula. – Nie zostawię mieszkania samego z obcym.
– To proszę wyjść do innego pokoju.
– Tak, a pani mnie okradnie! – warknęła Lula. – Dosyć się o tym naczytałam. Nie. Zostanę tutaj.
– To proszę zaprowadzić synka do innego pokoju. – Iza czuła, jak powoli kończy jej się cierpliwość. – Dla jego bezpieczeństwa.
– Frost! Do pokoju! – Lula pokazała chłopczykowi drzwi. Dzieciak odszedł posłusznie. Iza odetchnęła z ulgą, chociaż dobrze wiedziała, że jeśli domowy gość okaże się demonem, ściany domu nie pomogą. Zacznie się tęga jatka. Bardziej tęga od czterdziestoletniej Izabeli Erlt.
– Będę musiała pobrudzić państwu podłogę – powiedziała zmęczonym głosem.
– Tylko proszę nie porysować. Sporo kosztowała. – Lula wyniosłym wzrokiem spojrzała na tanie panele z Kokcinelo.
– Kredą. Po umyciu nie będzie śladu. – Iza wróciła po neseser, wmawiając sobie, że nie czuje się jak idiotka. Pracowała w Ruga Luno już kilka dobrych lat, a wciąż miała wrażenie, że miejscami ociera się o śmieszność. Jeszcze raz podciągnęła dżinsy i obciągnęła koszulkę, jakby miała od tego zeszczupleć. Z torby wyjęła poświęconą kredę i na panelach w przedpokoju narysowała okrąg. Rozpisała na nim gwiazdę i zaczęła kreślić znaki. Wszystko robiła odruchowo. Po tylu latach wszystkie symbole miała w jednym palcu. Odprawiała rytuały z tą samą obojętnością, z którą rano parzyła sobie odchudzającą zieloną kawę o smaku błota. W końcu usiadła w gotowym symbolu, z trudem skrzyżowała grube nogi i spróbowała się odprężyć. Zapach Luli drażnił ją, wkurzała sama jej obecność. W ogóle cała ta rodzina roztaczała wokół siebie odrażającą aurę. Była jak gniazdo os, wibrująca wrogim buczeniem. Iza z trudem zmusiła się do głębokiego, spokojnego oddechu. Zaczęła szeptać formułkę przywołującą, patrząc w popękany sufit i wiszący z niego, zmasakrowany żyrandol. Cokolwiek błądziło po tym mieszkaniu było złe lub rozczarowane. Czuła zmąconą, wściekłą obecność, rozrastającą się w atmosferze domu na podobieństwo grzyba atomowego. Coś się zbliżało i Iza czuła to bardzo wyraźnie.
– Jesteś tu? – zapytała, kiedy tylko formułka przebrzmiała. Opuściła głowę i rozejrzała się po mieszkaniu. Zaklęcie przywołujące podziałało. Wszystko zbladło. Stojąca pod ścianą Lula zdawała się przeźroczysta, Jakby ktoś wyciszył wszystkie jej kolory. Światło w pokoju zaczęło mrugać w upiornym tańcu cieni. Długo nic się nie działo.
– Powiedz mi, co cię dręczy. Czego chcesz. Jestem tu po to, żeby ci pomóc. Rozwiążę twoją sprawę i pomogę ci odejść.
Przez pomieszczenie przemknęło uderzenie zimnego wiatru. Szyby zaklekotały, ze ściany zsunęło się lustro i roztrzaskało w milion kawałków. Lula zaczęła wrzeszczeć.
– Przestań. Wiem, co potrafisz. – Iza starała się zachować spokój. – Tyle, że w ten sposób niczego nie załatwisz. Pokaż się. Powiedz, czego chcesz. Porozmawiajmy.
Ostatnia ocalała w przedpokoju szafa pękła.
– Skończyła mi się cierpliwość. – Iza dorysowała kilka symboli i wyszeptała kolejne dwa zaklęcia. – Wyłaź.
Podłoga zaklekotała, z sufitu kamienicy posypał się kurz. Sekundę później zjawa wyszła z salonu, powłócząc nogami. Wysoka, czarnowłosa, blada. Ubrana w białą sukienkę w niezapominajki.
– Czego chcesz? – zapytała Iza. Doświadczenie nauczyło ją, że z duchami nie warto wdawać się w dyskusje. Obowiązywały same konkrety. Pytanie, odpowiedź, pytanie, odpowiedź. Rozmowy nie miały sensu. Duchy nie chciały rozmawiać. Stawiały tylko żądania. Nie wałęsały się przecież po ziemi dla przyjemności. Zatrzymało je rozczarowanie tak okrutne, że zniszczyło porządek całej wędrówki dusz. Po czymś takim z całą pewnością odechciewało się bycia miłym.
– To nie tak miało być. Oddajcie mi go z powrotem – wysyczała zjawa, sunąc przez mieszkanie. Jej ruchy przypominały próbę wydostania się z niewidzialnych więzów. Pierwsze z zaklęć, którymi posłużyła się Iza przywoływało byty, drugie pętało je. Na wszelki wypadek. Były to potężne zaklęcia, ale Iza lubiła je i wykorzystywała wcale często. Nauczyła się ich na studiach w Szkole Magii w Bietzschu, na wykładach ze słynnym egzorcystą Barnabą Poniedziałkiem. Mistrz Poniedziałek był specem w wywlekaniu różnych nafochanych bytów z udręczonych ciał. Nawet gdyby okazało się, że w mieszkaniu zalągł się demon, zaklęcie pętające pozwalało odwrócić jego uwagę na tyle, żeby zdążyć nawiać. Ukryć się i przygotować do prawdziwej walki, a nie zostać w ułamku sekundy wprasowanym w ścianę, jak to już z egzorcystami bywało. Nekromanta Dariusz Hakaar na przykład nie zastosował tego zaklęcia, kiedy wywlekał demona z nawiedzonej lalki i wyszedł z tego spotkania uboższy o nogi, bogatszy za to w doświadczenia. I tak cud, że uniknął całkowitego unicestwienia.
Zjawa syczała z wściekłości, ale szła posłusznie, ciągnięta na magicznym sznurku.
– Jakie jest twoje imię? – Iza już wiedziała, że w żadnym razie nie ma do czynienia z demonem. Gdyby to był demon, zaklęcie pętające, nazywane „lassem” byłoby równie skuteczne, co próba utrzymania transatlantyku na nitce. Nadałoby się tylko do odwrócenia uwagi demona przy próbie ewakuacji. – Jak mogę ci pomóc?
– Niech mi go oddadzą. Zabrali go. Obiecali go kochać, a zabrali go i wyrzucili na śmietnik – wysyczała zjawa. Spomiędzy jej czarnych włosów oczy jarzyły się jasnym, trupim światłem. – Mówili, że go zostawią! Niech mi go oddadzą! Dałam im wszystko, żeby mi go nie zabierali! Niech mi go oddadzą! Niech mi go oddadzą!
– Kogo? Dziecko? – zapytała Iza. – Zabrali ci synka? Kto? Powiedz mi kto i czego oczekujesz? Czego chcesz?
– Niech mi go oddadzą. Niech mi go oddadzą! Oddadzą! Oddadzą!
– Jak masz na imię?
– Nadzieja! Nadzieja nie umarła!
– Duchu! Jakie jest twoje imię? Wyznaj je!
– Nadzieja! Nadzieja nie umarła! Oddajcie mi go! Oddajcie! Oddajcie mi go!!! – krzyk zjawy przeszedł we wrzask. W oknach, z cichymi pyknięciami popękały szyby. Z sufitu urwał się poszarpany żyrandol i pacnął Izę w głowę. Na szczęście należał do tych lekkich, papierowych konstrukcji, jakie ostatnio były szalenie modne. Iza wypadła z transu, a zjawa uciekła. Wróciły kolory. Kobieta przez chwilę dyszała ciężko, patrząc w podłogę. Czekała, aż miną zawroty głowy. Świat pomalutku wracał na swoje miejsce.
– Coś tu komuś odebrano – powiedziała cicho. – Coś komuś obiecano i nie dotrzymano obietnicy. Ona jest zła i chce, żeby jej to oddać. Z tego, co zrozumiałam, chodzi o dziecko…
– Nie o dziecko. – Z pokoju wyszedł Frost, synek Luli. Ubrany modnie tak jak mama, z fantazyjnie wystrzyżoną czupryną, a na jego kurzej szyjce błyskał łańcuszek. Nie sprawiał jednak tak odpychającego wrażenia jak Lula. – Ja wiem, o kogo chodzi Buni.
– Frost, co ty gadasz, smarku jeden? – zaatakowała Lula. – Marsz do swojego pokoju! Ale to już!
– Frost, jesteś pewny, że to Bunia? – zapytała Iza, ignorując kobietę.
– Domyśliłem się – powiedział chłopczyk. – Przypomniałem sobie, co jej się stało. Co mama jej obiecała.
– Ty gówniarzu! – Lula zrobiła się czerwona mimo tony makijażu.
– Co mama jej obiecała?
– Słyszałem jak mama mówiła przez telefon. Mama obiecała Buni, że jeśli przepisze na nich mieszkanie, będą się opiekować Pasztetem. Jej kotem. Takim grubym i rudym.
– Nie kłam gówniarzu! Co ty gadasz? Masz szlaban!
– Wiesz może, gdzie jest teraz Pasztet? – jęknęła Iza.
– Mama i tata wyrzucili go na ulicę – powiedział Frost oskarżycielsko. Też poczerwieniał, a na jego skroni pojawiła się sina żyłka. – Bardzo chciałem, żebyśmy go zatrzymali, ale tata powiedział, że koty są głupie i brudne. A mama powiedziała, że śmierdzą. I wypędzili Paszteta, jak tylko mieliśmy się przeprowadzić. I jeszcze nakłamali cioci Agacie, że Pasztet zdechł, żebyśmy mogli tu mieszkać. A on dwa dni miauczał tam na dole! I ludzie go dokarmiali… I w końcu chyba ktoś go wziął.
– Masz szlaban na rok, mały gnojku. – Lula wycelowała w chłopca jadowicie różowym tipsem z cyrkonią.
– Poznałbyś tego kota? – zapytała Iza. – Spróbujemy go znaleźć w schronisku. Musimy go tutaj przywieźć i oddać Buni. Wtedy powinna odejść i dać wam spokój. Gorzej, jeśli kot nie żyje. Wtedy będę musiała wyrzucić Bunię siłą. Będą duże zniszczenia. I będzie o wiele drożej. Poszukajmy kota.
– No co pani? Stary mnie zabije! – wrzasnęła Lula. – Nie! Nie zgadzam się na trzymanie tu żadnego śmierdzącego parcha!
– Niedługo wrócimy. – Iza z trudem wstała. Przerwała wyrysowany kredą krąg i wyszła z niego. – Naprawdę niech się pani modli do kogo pani chce, żebyśmy znaleźli tego zwierzaka.
Wronigrodzkie schronisko dla zwierząt było, zdaniem Izy, jednym z najbardziej ponurych miejsc na świecie. Otaczała go aura smutku, bólu i samotności. Biuro na siłę starało się stwarzać dobre wrażenie, a siedząca przy biurku pani była cały czas sztucznie uśmiechnięta.
– W czym mogę państwu pomóc?
– Czy trafił tu stary, rudy kot? – zapytała Iza. – Około tygodnia temu?
– Momencik.
Sztucznie uśmiechnięta pani zaczęła przerzucać papiery.
– Tak, jest taki – powiedziała i uśmiechnęła jeszcze sztuczniej. – Niestety zaraz po przywiezieniu dostał ostrej niewydolności nerek. Tak się czasem dzieje porzuconym, zestresowanym kotom. Wolontariuszki was zaprowadzą.
Frost jakimś cudem poznał Paszteta, chociaż Pasztet nie rozpoznał Frosta. Duży, rudy kot, zwinięty w kłębek, leżał w kącie schroniskowej bawialni dla kotów. Był rzeczywiście stary i bardzo chory. Wolontariusze potwierdzili, że to nerki i że kocurek najpewniej niedługo umrze. Od dwóch dni leki i kroplówki nie przynosiły żadnej poprawy. Poziom mocznika ciągle rósł, a kot odmówił jedzenia. Postanowienie o eutanazji wisiało na włosku.
– Sam słyszałem, jak moi rodzice obiecali przez telefon Buni, że Pasztet będzie mógł mieszkać z nami – mówił łamiącym się głosem Frost, kiedy jechali ogromną sportową limuzyną Veturilo Buran ulicami Wronigrodu. Chłopiec, niemal niewidoczny w głębokim skórzanym fotelu, tulił do siebie niemal bezwładne zwierzątko. Kot zdawał się nie ważyć nic. Przez nastroszone, rude futerko prześwitywały kości, ledwo powleczone pergaminową skórą.
– Przykro mi – powiedziała Iza. Ten aspekt jej roboty był najgorszy. Nie walka z demonami, nie uciekanie przed przedmiotami ciskanymi przez poltergeisty, nie szarpanie się z wkurzonymi duszami, ale właśnie to, że czasem trzeba było skonfrontować się ze zwykłym, ludzkim skurwysyństwem. Ono było chyba najgorsze.
– Mama i tata okłamali i Bunię i Paszteta. Nam też powiedzieli, że będziemy mogli mieć zwierzątko, kotka, a potem powiedzieli, że nie mamy pieniędzy. I że taki stary smród będzie psuł nowe mieszkanie. Drapał meble, szczał gdzie popadnie i w ogóle. Mama i tata wzięli kredyt. Oni ciągle biorą kredyt, a potem się kłócą. Bunia dała im mieszkanie, a oni mieli zatrzymać Paszteta. A oni go wyrzucili. Wyrzucili jak kubeł śmieci. I kazali mówić, że padł z tęsknoty za Bunią.
– Dlatego Bunia była zła – powiedziała Iza. – Poczuła się bardzo zawiedziona. Musimy po prostu oddać jej kota.
– Bunia miała chyba tylko Paszteta – wmówił dalej Frost. Jak na siedmiolatka był bardzo spokojnym, poważnym i zdołowanym dzieckiem. Iza podejrzewała, że ma ciężką depresję. – Nie jeździliśmy do Buni, bo mama powiedziała, że Bunia z lenistwa się zaniedbała i śmierdzi sikami. Mama nie lubi się brudzić. Tata też. Jest obrzydliwa. Tata też jest obrzydliwy. Brzydzili się Buni. W święta jak nam Bunia dawała ciasta, to oni zaraz je wyrzucali, żebyśmy się nie otruli trupim jadem. Ja lubiłem Bunię. Nie chciałem, żeby umarła. Tata się cieszył. Skakał po pokoju. Nie lubię… taty. Czasem nie chce mi się żyć.
Iza z całych sił postanowiła się nie odzywać. To nie była jej sprawa. Była łapiduchem, nie pracownicą społeczną. Obiecała sobie tylko, że po powrocie do domu zadzwoni do rodziców. Zatrzymała wielkie, firmowe Veturilo Buran na Prawoślazowej. Chłopiec z kotem na rękach wygramolił się z tylnego siedzenia sportowej limuzyny i szybkim krokiem poszedł do domu. Iza zamknęła wóz i poszła za nim. Ledwo wtłoczyła się na drugie piętro i weszła do mieszkania. Pasztet stał już w środku unieszkodliwionego kręgu i zadzierał w górę trzęsącą się główkę. Mruczał. Chude łapki ledwo utrzymywały zżarte chorobą ciałko. Nad nim pochylała się Bunia. Powoli, z tyczkowatej zjawy stawała się staruszką o siwiuteńkich włosach. Pochylała się i drżącymi dłońmi głaskała kota. Po kilku sekundach Pasztet upadł na ziemię i znieruchomiał.
Iza wyszeptała formułkę. Świat zbladł. Zbladła Lula i jej załamany syn. Zostało tylko to, czego nie widać.
– Odejdziesz? – zapytała Iza.
– Człowiek nigdy nie chce wierzyć, że ma złe dzieci. – Staruszka trzymająca na rękach starego kota stała w progu mieszkania. – Lulanda do końca obiecywała, że będzie o niego dbać.
– Odejdziesz? – powtórzyła Iza. Chciała powiedzieć wiele rzeczy, ale wiedziała, że z duchami nie warto wdawać się w dyskusje. Było na to za późno. Rozmawiać warto było z żywymi. Z tym, że ci, dokąd żyli, nigdy nie chcieli słuchać. Pokora przychodziła po śmierci.
– Powinnam zniszczyć to mieszkanie do końca. – Bunia rozejrzała się. – Okłamali mnie. Zawiedli. Wszystko, co lubiłam wyrzucili na śmietnik. Czym jesteśmy dla innych, kiedy żyjemy? Skarbonką? Śmierć rozbija skarbonkę, tak? Znaczymy dla tych, których kochamy tyle, ile mamy?
– Czy teraz odejdziesz? – Iza czuła się coraz bardziej nieswojo, chociaż sama nigdy nie myślała o nikim w tych kategoriach. No, prawie nigdy. Poza swoim szefem. O swoim szefie myślała w takich kategoriach. Kiedyś, dawno, dawno temu. Że dobrze byłoby go poderwać, bo miał firmę i spore pieniądze. Takie instynktowne poszukiwanie najlepszego dawcy nasienia dla potomstwa. Prawie nic z tego nie wyszło. Poza tym, że Izka zdobyła pracę, o której wcześniej nawet nie marzyła. Po prostu wcześniej nie wiedziała nawet, że można tak pracować. Miało to swoją cenę, ale było warto.
– A na moim miejscu, odeszłabyś? – zapytała Bunia. Było to bardzo niebezpieczne pytanie. Każda odpowiedź była zła.
– Odejdź – powiedziała Iza zmęczonym głosem. – Po prostu odejdź. Proszę.
– Cieszę się, że umarłam. Po śmierci wszystko przychodzi łatwiej. – Bunia nagle zaczęła się śmiać. Iza, doświadczona w bojach, zakryła dłońmi uszy. Śmiech orał jej mózg. Rozległo się ciche puknięcie i w jednej sekundzie, z ogłuszającym trzaskiem wyprysnęły z okien popękane szyby. Kryształowa kaskada runęła w dół, wpuszczając do mieszkania tuman wiatru. Wtedy odeszła też Bunia. W sensie nikt nie widział jej już więcej w mieszkaniu na Prawoślazowej.
– Już po wszystkim – powiedziała Iza. – Bunia odeszła. Nie sądzę, żeby zaznała spokoju, ale odeszła. Nie będzie was już niepokoić.
– Co ja mam z tym zrobić? – Lula ze wstrętem patrzyła na martwego kota leżącego w resztkach magicznego kręgu.
– Zjeść? – burknęła Iza. Miała dość tej rodziny. Duże, zimne piwo stało się koniecznością. Niemal siłą wyegzekwowała swoje wynagrodzenie od wściekłej Luli i wyszła z mieszkania, z hukiem zamykając za sobą drzwi. Wyszła z klatki schodowej, stanęła na chodniku zaścielonym szkłem i wciągnęła do płuc łyk świeżego powietrza. Na Prawoślazowej, obok jej Veturilo, stał już prywatny samochód szefa Ruga Luno. Taki sam, kruczoczarny Buran.
Charko Makohonik stał zaś obok niego. Iza z niesmakiem zauważyła, że mimo upływu lat wciąż niemal sika z zachwytu na jego widok. Charko był siedem lat młodszym od niej, zabójczo przystojnym samcem alfa, noszącym na sobie tylko porażający seksapil i sprane, markowe dżinsy wiszące poniżej brzucha. Miał piękną twarz, doskonałe ciało i, jak się z czasem okazało, niezwykle wredny charakter. Robił na płci żeńskiej kolosalne wrażenie i, niestety, hojnie z tego korzystał. Był czas, kiedy sama Iza była w nim śmiertelnie zakochana. Potem przejrzała na oczy. Charko miał brudną duszę i jeszcze brudniejsze sekrety, ale Iza, po latach, nauczyła się z nimi żyć. I z sekretami i z samym Charkiem, chociaż oficjalnie nie łączyło ich nic, poza stosunkiem pracy. A czasami i stosunkami w pracy.
– I jak tam, dziewucho? – zapytał szorstko.
– Okropna robota – mruknęła Iza, wręczając szefowi zwinięte w rulon banknoty. – Ludzie to są jednak sto razy gorsi od duchów.
– Zjawa? – Charko wcisnął pieniądze do kieszeni i podrapał się po płaskim, muskularnym brzuchu.
– Po babci. Biedaczka zapisała rodzince mieszkanie w zamian za dożywotnie utrzymywanie ukochanego kota. Babcia zmarła a kocisko oczywiście od razu poszło na ulicę. Bo mieszkanko się spodobało, a kotek nie. Nic dziwnego, że babcia ostro się wkurzyła. Odeszła dobrowolnie, ale zrobiła im tam niezłą demolkę.
– No i dobrze. Należało się – burknął Charko. Z tylnej kieszeni wyjął wykałaczkę i zaczął grzebać sobie w zębach. Co chwila spluwał na chodnik. Iza wolała nie pytać, co (lub kogo) jej szef wygrzebuje. Charko miał sporo brudnych tajemnic.
– Bunia wcale nie była taka zła. Tylko smutna i rozczarowana. Nie chciałabym, żeby po mnie zostały tylko smutek i rozczarowanie.
– A co ma zostać? – mruknął Charko. – Ty nie ogarniesz. Ty jedziesz teraz na chatę, czy gdzie?
– Do rodziców – powiedziała Iza. – Zrobię sobie wolny weekend, dobrze?
Charko tylko wzruszył szerokimi ramionami. Rozejrzał się ze swoją ponurą miną domyślną.
Iza czułym wzrokiem patrzyła na młodą kobietę w białej sukience w niezapominajki, która przeszła za plecami Charka. U jej boku dumnie kroczył lśniący w słońcu, rudy, prężny kot z zadartym ogonem i jajkami jak dwie ryże, aksamitne kulki. Powoli odeszli chodnikiem. I Bunia i Pasztet i jego dwa jajka. Ostatnia projekcja ducha, który odzyskał spokój. Czasem te projekcje były naprawdę wzruszające.
– Czuć kocurem – warknął Charko, chciwie wąchając powietrze. W jednej sekundzie jego oczy zrobiły się całkowicie żółte, a na skroni pojawiła pulsująca, sina żyłka.
– Ja tam chyba czuję wiosnę, ale ja to się tam pewnie nie znam. – Iza uśmiechnęła się. Poprawiła poły skórzanej kurtki, która nigdy się na niej nie dopinała i pstryknięciem pilota otworzyła swoje Veturilo. – Trzymaj się, Charko. Zdzwonimy się, jak coś.
– Jak coś. – Charko łypnął na nią, z zakłopotaniem podrapał się po jajkach, później po karku, a jeszcze bardziej potem wolnym krokiem odszedł do swojego samochodu.
Iza przez chwilę, w milczeniu, kontemplowała jego boski tyłek.
Kiedy szef odjechał, Iza podeszła do swojego samochodu i włożyła neseser do bagażnika. Powoli zamknęła klapę. Wsiadła do auta. Wnętrze pachniało wanilią i ledwo wyczuwalną nutą tytoniu. Iza zapięła pasy, odpaliła trzylitrowy silnik Veturilo Buran i postanowiła jechać do rodziców. Miała wyjątkową ochotę spędzić z nimi weekend. Pośmiać się. I porozmawiać.

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: