Archie

Rycerz Archibald Fryderyk Ulryk Jauer von Babenthal był zdziwiony. W jednej sekundzie szarżował na swoim czarnym, bojowym ogierze prosto we wrzące wrzaskami i łomotem serce bitwy pod Babim Dołem, w drugiej sekundzie otrzymał pchnięcie w pierś (nawet nie bardzo bolesne), w trzeciej ocknął się w krzakach, na leżu z wyschniętych liści. Spoczywał przy ciepłym brzuchu dzikiej kocicy i pił. Pomyślał sobie, że szpiedzy księcia mieli rację i że wrogowie musieli mieć w armii czarodzieja, a on, Archie, jakimś cudem wpadł w zakres działania potężnego czaru który z powrotem zmienił go w niemowlaka. I że tego niemowlaka, na nieco wypaczony wzór Remusa i Romulusa przygarnęła nie wilczyca, a dzika kotka. Archie uznał, że to zacny początek legendy (rycerza odchowanego przez koty, który pewnego dnia zawładnął światem) i poddał się upływowi czasu. Niestety wraz z przemijającymi dniami kocica stawała się coraz bardziej opryskliwa, a Archie coraz większy. I tak, pewnego dnia, rycerz opuścił przytulne gniazdo i poszedł przed siebie. Był jeszcze młodzieńcem, więc szedł i cicho ględził na niesprawiedliwość świata. Był też wkurzony, że nie może znaleźć swojego zamku. Okolica nie przypominała Babiego Dołu. Nie przypominała niczego, Archie błądził i błądził, czując coraz dotkliwszy głód. Ciepła jesień niepostrzeżenie zmieniła się w zimę. Miejsce ciepłej, swojskiej pluchy zabrał mróz. Mróz tak dotkliwy, że Archibald zdał sobie sprawę z tego, że nie przeżyje jeśli nie znajdzie schronienia w jakiejś przytulnej twierdzy. I tak pewnego dnia samotny rycerz doszedł pod drzwi dziwnego, niedużego zamku o białych ścianach i brązowym dachu. Znalazł wrota i załomotał w nie słabo. Zmęczony i głodny położył się u bram i czekał. Śnieg padał na niego, a mróz przenikał tak mocno, że zesłał niespokojny sen. Sen, który na szczęście, długo nie trwał. Archie pamiętał tylko czyjeś głosy i to, że był niesiony. Przypomniał sobie, że tak samo czuł się, kiedy po wielkiej bitwie o Alzen, znoszono go z pola walki. Był wtedy poważnie ranny, ale się wykaraskał. Teraz też go niesiono. Położono go w cieple i nakarmiono. Ktoś szeptał do niego i czule głaskał go po głowie. Archibald odżył. Okazało się, że pomocną dłoń podało mu dwoje ludzi samotnie mieszkających w dziwnym, małym zamku. Bez pytań przyjęli rycerza pod swój dach. Od razu ich polubił, mimo dzielących ich różnic.
Ona była rudą wariatką, którą, prawdę mówiąc, bogobojny Archie wysłałby na czarnoksięski stos za sam wygląd, on był zaś niewysokim, małomównym grubasem rozmiłowanym w literaturze i prasie. Archie mógł się założyć, że nie dosiałby bojowego ogiera, ani nie dźwignął miecza. W przeszłości rycerz wzgardziłby kimś takim jak on za sam wygląd, ale teraz był w sumie wdzięczny za ratunek i nie marudził. Dom w którym zamieszkał, bardzo różnił się od zamczyska, a zwyczaje mieszkańców były jeszcze dziwniejsze. Archibald był trochę wkurzony, że musi jeść z podłogi, z dziwnej zastawy podobnej do misek, ale z czasem przeniósł się na stół i biesiadował ze swoimi wybawicielami. Toaleta z której korzystał, też różniła się od zamkowych wychodków. Przypominała balię, a wyścielał ją miękki, gruzełkowaty piasek. Archie, ponieważ był kulturalnym rycerzem (kiedy akurat nie grał zakutego w stal buca), zawsze starannie zagrzebywał urobek. Było to wszak o wiele bardziej higieniczne niż sranie po zamkowych kątach. Co jakiś czas Ruda Mame (jak rycerz nazywał swoją wybawicielkę) czyściła wychodek. Archiemu podobało się jej poświęcenie i uległość i z umiłowaniem oglądał proces czyszczenia. Lubił patrzeć Mame na ręce. Miała wypielęgnowane dłonie i malowała paznokcie w wesołe kolory, co było całkowitym novum. Archibald nigdy nie widział, żeby kobiety malowały palce. Widział w tym działalność Szatana, ale z drugiej strony patrzenie sprawiało mu przyjemność.
– Jesteś taka ponętna, kiedy to robisz – gruchał Archibald do Mame, chodząc wkoło niej i niby niechcący ocierając się o jej pachnące ciało. – Wiesz, co bym z tobą zrobił, gdybyś nie była mężatką?
– Dobrze, kotku, daj mi skończyć – śmiała się Mame i odpychała go, udając niedostępną (był to częsty manewr dam i Archie już dawno nauczył się nie przejmować pozorną niedostępnością niewiast). – O, co ja tu widzę? Chyba musimy zmienić ci żarcie, masz lekką sraczkę. Trzeba by cię też, chłopaku, wreszcie ciachnąć i odrobaczyć.
– Posmyraj mnie po brzuszku, proszę – produkował się Archie, ale musiał być chyba przeziębiony, bo z jego ust wydobywało się tylko mruczenie i jakieś piski. Trudno, myślał, nawet dwumetrowi, wszechmocni wojacy muszą czasem poumierać na katar.
– Oj, daj spokój kotku, bo za chwilę rozsypię te kupy po całym pokoju! – Mame wreszcie traciła cierpliwość i odpychała Archiego.
– Popatrz, co mogę ci zaoferować. – Archie kładł się na podłodze brzuchem do góry i rozkładał nogi. – Chcesz sobie pomiąchać?
– Ej, spadaj! – śmiała się Mame. – Nie będę cię tam smyrać! Jeszcze mi życie miłe.
– Odrzucasz mię! Wiedźmo! Kysz! Bądź przeklęta! – Rycerz szybko tracił cierpliwość, podrywał się z podłogi i uderzał Rudą Mame dłonią na odlew, tak jak zawsze karcił swe nadworne dziewki.
– Przestań mnie lać, zwierzaku! – burczała Mame.
– Zwierzaka to ja ci mogę dopiero pokazać – odgryzał się Archibald.
– No już, spadaj, spadaj.
Rozchodzili się wtedy skłóceni. Mame wychodziła z zamku wymachując workiem z kupami, Archibald szedł na fotel, który nazywał tronem i siadał na nim, obrażony na cały świat. Potem przeważnie zasypiał. Zauważył, że zrobił się leniwy. Spał jakieś osiemnaście godzin na dobę i nigdy nie miał dosyć.
Spał głównie na tronie, ale po jakimś czasie zapragnął czegoś więcej.
Wiedział, że Ruda Mame jest, rzecz jasna, mężatką, ale po pewnym czasie uczucie jakim ją darzył, nakazało mu zająć w łożu miejsce między nią a Tate. Długo tłumaczył jej sens swojego posunięcia, a ona powiedziała tylko:
– Dobrze, kotku, nie ględź już. Chodź i połóż się z nami.
– Wpuszczasz go do łóżka? – próbował jeszcze protestować Tate. – Tego zwierzaka?
– A czemu nie? Jest słodki. Będzie nas fajnie grzał w nocy – perliście śmiała się Mame. – Mój kochany, ukochany, najukochańszy kotek.
Ujęła twarz Archibalda w dłonie i ucałowała jego czoło. Wyrwał się. Nigdy nie lubił, kiedy dziewki publicznie okazywały mu czułość. W towarzystwie innych rycerzy takie mizdrzenie odbierało mu męskość.
– Oj nie złość się, kotku – chichotała Mame, gładząc go po plecach. – Chodź tu do nas, pod ciepłą kołderkę.
Po tych słowach Archibald był więcej niż pewny, że Ruda Mame jest pospolitą wiedźmą. Obrzydliwą, lubieżną i grzeszną. Kto to widział, żeby dzielić łoże i z mężem i z rycerzem, i to w dodatku jednocześnie? Archibald sam wiedział, że kładąc się u jej boku, srodze grzeszy i każdego wieczoru żarliwie się modlił o odpuszczenie grzechów.
– Ty patrz go, co za jeden. Bez przerwy chodzi i zrzędzi – komentował jego modły Tate. Archie odwracał się w jego stronę i uciszał go gniewnym syknięciem.
– Milcz, plebsie!
– Gaduła głupek – naśmiewał się Tate.
Archie podbiegał do niego i uderzał go dłońmi na odlew, jak niepokorne dziewki.
– Ty patrz, jeszcze mnie leje – rechotał Tate. Archie nie potrafił tego zrozumieć. Kiedyś, kiedy dawał komuś w mordę, przeciwnik dziękował Stwórcy, że Archie go nie zabił. Teraz rycerz był obiektem drwin. Nie wyzywał jednak Tate na pojedynek ze względu na Rudą. Był zakochany w tej wiedźmie. Nie chciał widzieć jej łez.
Życie leniwie toczyło się dalej. Archibald cieszył się w sumie, że na świecie zapanował pokój i nikt nie posyła doń gońców z wezwaniem do armii. Rycerz miał długie i owocne wakacje. Nie narzekał też na noce. Kładł się u boku Rudej Mame i, dyskretnie, pod kołdrą, godzinami masował dłońmi jej ciało, dokąd nie morzył ich sen. Raz złapał się na tym, że ciumka jej piżamę. Zawstydził się strasznie i uciekł.
I tak sobie żyli, aż pewnego dnia doszło do katastrofy, na którą zresztą od dawna się zanosiło. Mame jak zwykle krzątała się po zamku, sprzątając. Jej kwiecista sukienka furkotała wokół opalonych nóg, balerinki tańczyły po drewnianej podłodze. Archibald plątał się wkoło, starając się podejrzeć bieliznę niewiasty.
– Popatrz, kotku, jak ładnie wyglądasz. – Mame nieoczekiwanie wzięła Archibalda w ramiona i razem z nim spojrzała w gładką, srebrną powierzchnię.
Archibald patrzył. Patrzył i czuł, jak jego życie zamienia się w kupkę kamieni. Rudą Mame poznał. Oczywiście, odbijała się w lustrze, lecz zamiast dwumetrowego, muskularnego woja, trzymała ona w ramionach… kotka.
Niedużego, rudego kotka. Kotka o zezowatych oczkach.
Archibald wyrwał się, rozdarty paniką. Zwalił się na podłogę i zaczął biegać nieskładnie po domu.
– To nie może być prawda! Gdzie mój miecz? – wrzeszczał. – Gdzie moja zbroja? A gdzie, do cholery, mój ogier???
– Ale głupawki dostał – śmiała się Ruda Mame. – Ej, kocie, co ci?
Archie biegał po pokojach i wrzeszczał. Wył. Klął i złorzeczył.
– Spokojnie. wyluzuj. Gościu po prostu wybieguje kupę – rozkosznie roześmiał się Tate Pypeć, jak męża Rudej Mame nazywał Archie, i z powrotem zasłonił gazetą okrągłą twarz. Gdzieś w mrokach dziejów potężny mag śmiał się ze swojego zaklęcia, patrząc na leżące u swoich stóp zwłoki rycerza Archibalda Fryderyka Ulryka Jauera z Babenthal. Wreszcie dorwał tego bucowatego, zakutego w stal dupka. Nad polem bitwy kołowały kruki. A życie toczyło się dalej.

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: