Wszyscy potrzebujemy towarzystwa

A już szczególnie tego towarzystwa potrzebuje Jaśniepan.
Kiedy na niego patrzę, ładnie sika i nawet czasem zjada to, co mu podaję. Oczywiście połowę zostawia na tak zwane potem. Kiedy kot zostawia coś „na potem” spokojnie można to od razu wystawić jeżom na pożarcie, ponieważ w kocim słowniku „potem” znaczy „w ogóle już tego nie tknę”.

W ten weekend byłam na szybkim wypadzie w Kielcach. Wiem, zaraz napiszecie mi, że znów nie dałam Wam znać, żeby się spotkać. Kochani, sześć lat byłam zamknięta w sklepie zoologicznym i teraz nadrabiam zaległości w kontaktach z rodziną. Musieliśmy też omówić kilka bardzo ważnych spraw. Nie dałam rady dołączyć to tego omawiania jeszcze spotkania z Wami. Gdybym przedłużyła weekend jeszcze o jeden dzień, nie zdążyłabym niczego dla Was narysować, ani napisać przez kolejny, długi dzień, czyli dzisiaj. Bardzo, naprawdę bardzo żałuję, że jeszcze nie da się być w trzech miejscach na raz. To by było coś dla mnie. Wtedy mogłabym pisać, rysować, zwiedzać i spotykać się z rodziną. To byłoby świetne. A teraz: kiedy rysuję i piszę, nie zwiedzam i cierpi rodzina. Kiedy zwiedzam, nie rysuję i nie piszę, z rodziną też się nie widzę. Kiedy spędzam czas z bliskimi, nie zwiedzam, nie rysuję i niestety nie piszę. A uważam, że żeby pisać o przygodach, trzeba najpierw te przygody mieć. Czyli trzeba gdzieś być i coś robić. Znaczy, mam bujną wyobraźnię, ale ten blogas jest rodzajem mojego pamiętnika. Nie chcę, żebym potem, po latach, kiedy do końca stracę pamięć, musiała się zastanawiać co przeżyłam naprawdę, a co napisałam po to, żeby cokolwiek napisać. Mogłabym na przykład napisać Wam, że w niedzielę skakałam ze spadochronem. Albo nawet bez spadochronu, z dziesięciu tysięcy metrów, w stóg świeżego siana. I że kiedy buchnęłam w ten stóg, rozpędzona jak mała, ciężka kometa z nadwagą, przestraszyłam zaskrońca. Albo dwa zaskrońce. Całą rodzinę pieprzonych zaskrońców. I że uciekały nucąc na przykład „Z nieba mi spadłaś” zespołu Impress. Linka Wam, Kochani, daruję, jak ktoś jest miłośnikiem gatunku, z całą pewnością odgrzebie sobie to cudo w otchłani internetów. A potem, że pojechałam na Hawaje, siedziałam na molo i łowiłam flądry, za przynęty mając pianki Marschmallow. Nie, to niemożliwe, pianki nie mogłyby być przynętą, bo zjadłabym je zanim by poszły na haczyk. A wieczorem, że byłam na księżycu, który tak się przestraszył, że się zaćmił.
Aha, zaćmienia nie widziałam, bo mnie samą zaćmiło i przypomniałam sobie dopiero, kiedy księżyc był już niemal w całości odćmiony. Cóż, trudno.
Tak naprawdę to byłam w Kielcach. Spotkałam się z Rodzicami. Pogadaliśmy, posiedzieliśmy razem. Mama ugotowała pyszną zupę z soczewicy, a Tata zrobił genialne naleśniki z jagodami i słodką śmietaną. Kiedy skończyliśmy rozmowy, Mama zabrała mię i siostrę Kasię na szybki szoping. Nie, nie zwykłe zakupy, a szopnig właśnie, czyli wałęsanie się po sklepach i udawanie ciekawskiego szopa między regałami z ciuchami. Szoping jest wyższą formą myszkowania, proszę Państwa. Byłam (też z Kasią, późno w nocy) w kinie na „Pierwszej Nocy Oczyszczenia”. Ten film jest trochę inny od pozostałych części. Jest dłuższy i wolniej się dzieje. Pada trochę odpowiedzi na pytanie, które człowiek zadaje sobie oglądając kolejne i kolejne części. W sumie ciekawy film.

Kiedy wracałam, przedzierałam się przez kilka ścian deszczu. Jak to mawiał Rusty Nail z „Joyride”: Lubię jeździć w deszczu, zmywa wszystkie ślady.
Ja też lubię jeździć w deszczu. Na drogach było jakoś wyjątkowo spokojnie. Prawie nikt nie kozaczył, nikt nie szalał (nawet jakiś chłopak z bety ze Zduńskiej Woli PODZIĘKOWAŁ mi awaryjnymi za drobną, drogową przysługę). Na autostradzie miejscami był bardzo mały ruch, więc ja kozaczyłam trochę (w granicach rozsądku, rzecz jasna), bo chciałam nieco przedmuchać cylindry mojemu Ufu. UFO ma sportowe zacięcie i bardzo lubi sobie polatać. Lata i żłopie benzynę, przyklejone do asfaltu jak biały cień śmierci, tym razem w rytmie „Do prostego człowieka” kapeli Akurat. Znaczy tekst jest Tuwima, ale Akurat zrobiło genialną interpretację do swojej muzy.
Burze udało mi się ominąć, chociaż kiedy leciałam (duże słowo na opisanie wleczenia się w korku w okolicach Przygłowa) w stronę Piotrkowa Trybunalskiego, przede mną, na niebie, rosło ogromne kowadło burzowe. Potem poszło sobie rosnąć dalej zupełnie gdzie indziej, a ja uciekłam na obwodnicę Piotrkowa. Z burzami więcej się nie widziałam, po niecałych czterech godzinach jazdy Wrocek przywitał mię nieziemskim upałem i powietrzem drgającym nad ziemią. Od razu poczułam się swojsko jak na Saharze. Wieczorem założyłam moje krótkie, czarne, wlokące się i wiszące na pupie jak pampers, bawełniane pantalony (efekt spontanicznych zakupów robionych na czas) i poszłam się włóczyć po wałach. Ludzi było tyle, że musiałam się przeciskać. Zawsze mię to zastanawia, gdzie są później ci zapaleni rowerzyści, biegacze i spacerowicze. Później, to znaczy jesienią, kiedy wilgotny mrok otula płaszczem ziemię, kiedy tańczą mgły, kiedy siąpi delikatny, rozkosznie zimny deszczyk. Wtedy nie ma dosłownie nikogo. Latem, szczególnie tak upalnym, zawsze tęsknię za tymi magicznymi,  samotnymi, chłodnymi nocami, nasączonymi wonią butwiejących liści. Chociaż wiem, że kiedy te noce nadejdą, będę znów tęsknić za latem. Może człowiek po prostu tak ma, że musi za czymś tęsknić i coś czule wspominać?

Handlarze samochodowi to dziwne zjawisko socjologiczne. Auto: klekoczące, widać, że z przodu i z tyłu bite, z kontrolką „check engine” wesoło świecącą na desce rozdzielczej, z ewidentnie przekręconym licznikiem, wypierdzianymi fotelami, kierownicą startą do mięsa i zapowietrzonym układem hamulcowym. Handlarze uważają, że bardzo dobre auto, całkowicie sprawne, nówka sztuka, w ogóle Niemiec się powiesił z żalu po tym, jak to auto sprzedał, a służba celna na granicy stała na baczność jak przejeżdżało. Każdy salutował i ocierał łzy żalu, że tak wspaniały pojazd bezpowrotnie opuszcza niemieckie ziemie. I był pokaz eskadry myśliwców, żeby upamiętnić ten przejazd. Ci sami handlarze, z lekka przyparci do muru lancą gołych faktów co do stanu faktycznego oglądanego pojazdu, gwałtownie zmieniają zeznania: eee, a coś Ty chciał za ten hajs? Jeżdżący samochód? Zapomnij!
No i oczywiście okazuje się, że ceny na karteczkach za szybami samochodów to ceny netto. Jak się chce fakturę, handlarze robią wielkie oczy i mówią: no, ale z fakturą to będzie dużo drożej. Słowem, kupienie samochodu z komisu to rodzaj samochodowej rosyjskiej ruletki. Znajomy ostatnio próbuje przez to przejść i ma coraz ciekawsze przygody.

Zamiast się odchudzać, zjadłam dzisiaj dwie gałki lodów w lodziarni na Bacciarellego. Słonecznik z miodem i kokos. Już czuję, jak chłodna, mleczna ciapa przelała mi się w pupę, by tam uformować nowe pokłady sadła. Trudno. Umrę może trochę wcześniej, gruba, ale szczęśliwa…

Wszystkiego chłodnego, Kochani.
Miłozwierz przesyła baranki :3
Mój Patronite: https://patronite.pl/milozwierz

niebedejadłe © Magdalena Gałęzia

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: