Niestety tak się stało, że się wylało

No właśnie. Od poniedziałku idę do pracy. Będę magazynierę w TK Maxx, więc jak będziecie kupować coś w tej sieciówce, większość rzeczy będzie pewnie muśniętych przez moje miłozwierzowe ręce 😀
Zdecydowałam się na taką pracę, bo jest na fajne zmiany (bez nocek), w magazynach które są umiejscowione niedaleko mojego domu (niecałe 10 minut jazdy samochodem), pracuje się osiem godzin, od poniedziałku do piątku i święty spokój.
Mała rodzinna firma, o której Wam pisałam, nie wypaliła, bo jednak potrzeba tam pracownika na umowę-zlecenie, nie pełny etat. A ja zlecenia nie chcę, bo chcę uciec przed zusem-srusem i na trochę odciążyć sobie budżet. Po to w końcu idę do pracy. Firma ta (ta mała, rodzinna) zrobiła na mnie naprawdę ogromne, pozytywne wrażenie, bo po rozmowie kwalifikacyjnej sam właściciel napisał mi maila, że zdecydował się na współpracę z kimś innym, ale że dziękuje i że będziemy w kontakcie. Taka mała rzecz, a cieszy. Zwykle jeśli coś pójdzie nie tak podczas rekrutacji, rezygnacja ze współpracy odbywa się w chmurnym milczeniu i potem człowiek czeka przez dziesięciolecia, czy ktoś się do niego odezwie, czy nie odezwie.
Wiecie, od jakichś dziewięciu lat czekam na wyniki pewnych rozmów kwalifikacyjnych, które odbyłam i dalej cisza. Pewnie oddzwonią, jak będę leżeć w trumnie. Albo niepotrzebnie się łudzę.
I tak będę polować na etat w tamtej małej, rodzinnej firmie. Jak tylko ruszy nocna zmiana, a wraz z nią utworzą się nowe, nieśmigane etaty, zadzieram kiecę i lecę. Tak łatwo się mię nie pozbędą. Tam czuję możliwości i tam chciałabym rozwijać moje kreatywne pracownicze skrzydła.
Póki co, będę magazynierę.

Z niedzieli na poniedziałek moja psiapsióła Marta, szefowa Boudiki, wyciągnęła nas na tak zwany weekend za miastem, do ośrodka, w którym przez lata spędzała wakacje na koloniach. To Ośrodek Politechniki w Zapuście: http://www.rajsko.eu  Na głównym zdjęciu po otworzeniu strony jest dokładnie ten domek w którym nocowaliśmy. Ten ukryty za różanecznikiem. Cena: 50 zł za noc od osoby. Domek spoko: czysty, łóżka wygodne, pościel świeża, czyściutkie ręczniki, do użytku elektryczny czajnik, sztućce i szklanki. Jedynym mankamentem była zepsuta spłuczka, w sensie podciekało spod niej, ale rozwiązaliśmy to, tylko co jakiś czas odkręcając zawór i napełniając zbiornik. Dało się przeżyć.
Myszy, opisywanych w opiniach, nie stwierdziliśmy, zresztą mnie tam myszy nie przeszkadzają, bo własny komplet mam w domu i ostatnio zżarły mi makaron babuni. Taki paczkowany makaron. Niech im wyjdzie na zdrowie. Pułapkę żywołapkę skrzętnie omijają :/
Ogromny plus Rajska to cisza (byliśmy sami na terenie ośrodka), głęboki las dookoła, a w nocy piękne widoki gwiazd i tak czyste powietrze, że człowiek śpi jak niemowlę. Na terenie ośrodka basenik, leżaki, hamaki, mnóstwo wiat z grillami. W dzień biegają owieczki, w nocy posesji pilnuje Baca, ogromny wilkowaty misiu, sam z charakteru przypominający owieczkę.
T-Mobile nie ma w Rajsku zasięgu, z Play czy Lyca Mobile nie ma problemu. Tyle sprawdziliśmy.
Piszę Wam tak szczegółowo, bo wujek Gogiel podaje bardzo sprzeczne opinie na temat tego miejsca. Ja piszę dokładnie, jak było.
Dojazd do Rajska wcale nie jest taki straszny, jak go rysują. Ot, wijąca się przez las droga, wyłożona betonowymi płytami. Żadnych ostrych podjazdów. Nie wiem, skąd ktoś wziął te opisane w opiniach koszmarne podjazdy. Dojazd jak dojazd. Żadnych sensacji, a Krzysiek ma autko kombi z litrowym silnikiem, na gazie. Spokojnie dało radę.
Jedyny zgrzyt to posiłek. Dziwne, bo w większości opinii kuchnia w Rajsku była zachwalana. My trafiliśmy na niedzielne popołudnie po weselu. Długo czekaliśmy, zanim wyjadą ostatni weselnicy i będzie można przygotować dla nas domek. W międzyczasie właściciel ośrodka obiecał nam, że przygotuje obiadokolację, którą na pewno się najemy. Koszt: 35 zł od osoby. Byliśmy głodni po podróży, nastawieni raczej na zabawę, niż szukanie dziury w całym, więc nie dopytywaliśmy się o jadłospis, tylko czekaliśmy spokojnie na żarcie i gadaliśmy. Podano nam… tadammm… (werbelki), resztki po weselnikach. Ledwo ciepły żurek, zleżałe, wyschnięte kotlety, ziemniaki z suszonym koperkiem, suche jak wiór kawałki kurczaka obłożone szpinakiem w sosie i niezidentyfikowane, zimne kuleczki, które były albo mielonymi popełnionymi z bułki tartej, albo czymś, co w zamyśle miało być kotlecikami z ciecierzycy. Czym było, tak naprawdę nie wiedział nikt, nawet kelner. Do tego sałatka z modrej kapusty, doprawiona jakby cynamonem (albo czymś podobnym), która czasy świetności (czytaj: świeżości) miała już z lekka za sobą i sałatka złożona z makaronu w kształcie ryżu i tak jakby śmietany, która miała chyba udawać majonez. Niezbyt to wyszło, bo sałatka smakowała perfekcyjnie niczym. Jak ktoś jadał za młodu makaron z mlekiem (bez żądnych dodatków), ten wie.
Właściciel przezornie się ulotnił.
W dalszym ciągu nie chcieliśmy szumieć, więc pochlipaliśmy żurku, spróbowałam dziwnej, smażonej kuleczki, skubnęłam sałatek (stąd wiem, jak smakowały), dopchałam się ziemniakami, a Pufa, suczka Marty i Michała zjadła kotlety (dodam, że nie wszystkie jeść chciała). Tyle w kwestii obiadu.

Później poszliśmy obczaić zamek Rajsko i to jest, proszę Państwa, perełka. Perełka, a wierzcie mi, widziałam niejedno. Przepięknie odrestaurowany zamek, z fenomenalnymi widokami na jezioro i zamek Czocha. Wnętrza jak z bajki. Można go wynająć za 3700 zł za dobę w dzień powszedni, za 5000 zł zaś w weekendy. Nie miałam drobnych, więc zrezygnowałam, zadowalając się domkiem letniskowym. Co tam, nie jestem wymagająca. Tak serio, zamek mieści 26 osób i koszt wyprawienia w nim wesela (z lokalnym kateringiem, nie dopytywałam dla spokoju duszy i trzewi, czy kateringiem z ośrodka Rajsko) to 8000 zł. To na wypadek, jakby ktoś z Was, Kochani, na szybko potrzebował się mężyć lub żenić, a nie miał weny, gdzie. To ja podpowiadam.

Wieczór spędziliśmy sącząc piwo nad Jeziorem Leśnieńskim. To około pół godziny marszu z Ośrodka Rajsko. Jest piękne i z ośrodka wiedzie do niego urokliwa ścieżka, na której można poćwiczyć kondychę i wypocić wypite nad jeziorem piwko.

Potem wróciliśmy i zajęliśmy się gadaniem, a także konsumpcją. Jaką, każdy z Was pewnie wie, albo podejrzewa. Tak, konsumowałam piwopodobne szczynki na „R”. Wokół dokazywały sowy.

Następnego dnia Marta, Krzysiek i Michał poszli na spacer do zamku Czocha (kilka kilometrów dalej, asfaltem nawigacja wyliczyła 8,6 km), ja zrezygnowałam, bo zabrałam tylko długie spodnie, ciężkie buciory trekkingowe, a ścieżka przecinała rzekę (i to, jak się potem okazało nie jedną). Uznałam, że nie chcę łazić potem w mokrych spodniach, ani nawalić sobie błota do butów. Nie chciało mi się też rozbierać i przełazić rzeki w majtach. I tak musiałabym później stopować towarzystwo, suszyć stopy, żeby nie zasmrodzić butów i w ogóle. Wiecie, dużo łażę i stopy są mi potrzebne bez bąbli i odparzeń. A nic nie załatwia stóp tak koncertowo, jak mokre skarpety, zrolowane w buciorach i kilometry marszu w upale. Wróciłam więc do ośrodka, że tak powiem, na tarczy. Pogadałam z kelnerem, jak się okazało prawie ziomalem z Bystrzycy Oławskiej, a potem poszłam na spacer przez Zapustę, drogą asfaltową, skręciłam nad jeziorem Leśnieńskim i wróciłam szlakiem koło zamku Rajsko. Było fajnie. Po drodze pogadałam sobie z właścicielem sąsiedniego ośrodka wypoczynkowego i nażarłam się dzikich jabłek.

Kiedy wyjeżdżaliśmy, właściciela ośrodka dalej nie było, telefonicznie stargowaliśmy tylko cenę nieszczęsnej obiadokolacji do dychy za osobę (bez żadnych problemów, właściciel przyznał, że doskonale to rozumie). Resztę pieniędzy zostawiliśmy paniom sprzątającym.

Na kolejny obiad pojechaliśmy do restauracji Zielony Piec, i to jest, proszę Państwa, kolejna perełka. BOMBA! Jak będziecie zwiedzać zamek Czocha, pozycja obowiązkowa. Pyszne, świeże jedzenie i tak przemiła, szczera, serdeczna Pani kelnerka, że nie chciało się odjeżdżać (dawno nigdzie nie spotkałam tak zajebistej obsługi). Cena dwudaniowego obiadu to około 40 zł od osoby, jeśli nie zamawia się najdroższych dań z karty. Ja jadłam chłodnik z botwinki i świeżych warzyw oraz grillowanego camemberta, podanego na sałatach z sosem wiśniowym i konfiturą z gruszek z kardamonem. Pychota! Daję pińć baranków i jakby było można, to bym dała szóstego.

A potem wróciliśmy do Wrocka, gdzie oddałam się poszukiwaniu pracy niewymagającej intelektualnie, bo mój intelekt musi pozostać dla Was, nieskalany żadną pracową konkurencją. I tak minęły mi dni. Jutro jadę na przedpracowe badania lekarskie, a potem odebrać robocze ciuchy. Pewnie łatwo nie będzie, ale cieszę się na tę pracę. Zusu-srusy będą mię mniej bolały.

Miłej nocki, Kochani.
Miłozwierz przesyła baranki :3
Mój Patronite: https://patronite.pl/milozwierz 
Dzięki Wam, drodzy Patroni, mogłam podróżować i podzielić się tym, co widziałam. Dziękuję 🙂 Po sześciu latach pracy po 240 – 250 godzin w miesiącu, to był mój oddech. Kawałek życia ukradzionego pracoholizmowi. Jestem Wam bardzo wdzięczna. Odpoczęłam i tak jak anioł z „Nieba nad Berlinem”, zobaczyłam świat w kolorach 😀 Tyle, że ja nie spadłam z nieba, tylko do niego trafiłam 😀 Było pięknie.

śniadanie © Magdalena Gałęzia

Dodaj komentarz

© Magdalena Gałęzia | 2018

NIP: 9591558878 | REGON: 021869820 | Polityka prywatności

Wykonanie strony: Małgorzata Skibińska

Top
%d bloggers like this: